•  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    A teraz szybko do skupu. Żołnierze dywizji spadochronowo-pancernej ''Hermann Goering'' ze swoimi zdobyczami, Anzio, luty 1944 r.

    Poprzednio pisałem, że w nocy z 29 na 30 stycznia 1944 r. miało ruszyć ogólne natarcie z przyczółka pod Anzio. Brytyjczycy mieli nacierać na Campoleone - skrzyżowanie na drodze Cisterna-Rzym na północy - a Amerykanie - miasteczko Cisterna na południu.

    Do ataku na Cisternę skierowano 6615. pułk specjalny, złożony z 1., 3. i 4. batalionu rangersów oraz 509. batalionu spadochronowego. Byli to bardzo doświadczeni w boju i świetnie wyszkoleni żołnierze. Z kolei na północy miała nacierać brytyjska 24. brygada, wsparta ogniem amerykańskiej 1. DPanc.

    Jednak czas Lucasa już bezpowrotnie minął. Niemcy nie byli tacy słabi, jak tydzień wcześniej.

    Do ataku skierowano 1. i 3. batalion rangersów, którzy mieli przejść parowem Pantano wzdłuż drogi do Cisterny. 4. batalion pozostał w rezerwie, mając czekać na dotarcie reszty do Cisterny, a potem zaatakować. Poczernieni sadzą, z kieszeniami wyładowanymi amunicją i granatami rangersi przechodzili tuż obok niemieckich stanowisk, niekiedy słysząc nawet niemieckie komendy i rozmowy. Pod osłoną nocy, amerykańscy komandosi dotarli do wylotu parowu tuż przed świtem. Mieli do przebycia 700 metrów otwartej przestrzeni. Amerykanie wyszli z jaru i... natknęli się na grupę niemieckich łącznościowców, obozujących pod gołym niebem.

    Rangersi desperacko rzucili się na Niemców, zabijając część z nich za pomocą kolb i noży, ale kilku zdołało uciec, krzycząc o pomoc. Rangersi weszli dosłownie w sam środek zgrupowania dywizji ''Hermann Goering''. Momentalnie okolica zaroiła się od Niemców, z każdego budynku, każdego stogu siana, każdej sterty desek – bluznęła mordercza palba. Rangersi próbowali wyrąbać sobie drogę odwrotu, ale jako lekko uzbrojona piechota nie mieli szans. W pewnym momencie dało się usłyszeć chrzęst gąsienic. Amerykanie, myśląc, że to własne czołgi, zaczęli wychodzić ku nim. Jednak czołgi były niemieckie i odpowiedziały ogniem i ruszyły do natarcia, miażdżąc rangersów. Jeden z nich osobiście zniszczył dowódca 1. batalionu, major Jack Dobson. Amerykanom udało się nawet opanować dwa czołgi, zostały jednak zniszczone przez nieświadomych sytuacji innych żołnierzy.

    Walka zamieniała się w rzeź. Rangersi skontaktowali się z dowództwem i błagali o wsparcie, jednak go nie otrzymali, a okrążeni mieli się przebijać do własnych linii. Niemcy zaś metodycznie rozcinali okrążone bataliony, a następnie chwycili się haniebnego sposobu. Ustawili wziętych do niewoli rangersów jako żywe tarcze i nawoływali pozostałych do kapitulacji. Siedmiogodzinna bitwa zaczęła przygasać. Z 767 ludzi zaledwie 6 wróciło do własnych linii. 450 dostało się do niewoli, reszta zginęła. W jeden dzień US Army utraciła połowę swoich komandosów. Zdjęcia setek maszerujących jeńców po ulicach Rzymu obiegły prasę całej Europy, dobitnie sygnalizując klęskę operacji „Shingle”.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Post z wczoraj

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dzisiaj nie będzie wpisu historycznego. Opowiem za to o niezwykłych ludziach.

    Wracając dziś do domu, dostałem dwie wiadomości. Dobrą i złą.

    Dobra była taka, że w skrzynce znalazłem dwa listy z Niemiec. Kilka tygodni temu postanowiłem napisać do dwóch kolejnych, jednych z ostatnich, kawalerów Krzyża Rycerskiego. Do Hugo Brocha, porucznika pułku myśliwskiego JG 54 ''Grünherz'' (jednostki tak wytrawnych Expertów, jak Erich Rudorffer, Walther Nowotny i Otto Kittel), asa z 81 zwycięstwami na koncie. Oraz do Ludwiga Bauera, również porucznika, tyle, że z 9. Dywizji Pancernej, weterana walk pod Moskwą, na Kaukazie i w Ardenach.

    Obaj odpowiedzieli, napisali do mnie krótkie listy (muszę szybko je przetłumaczyć). Pan Broch dwa lata temu zasłynął, tym, że mając 95 lat, wsiadł do Spitfire'a. W Kurlandii poznał majora Rudorffera, do którego także napisałem list parę lat temu. Pan Bauer wysłał mi swój album na temat swojej służby. W Ardenach ledwo uszedł z życiem z płonącej Pantery. Siedem razy ranny.

    Obaj, w momencie dokonania tych niezwykłych czynów mieli odpowiednio 23 i 22 lata. Mniej, niż ja mam teraz.

    Zła wiadomość była taka, że Pan Generał Tadeusz Bieńkowicz z AK potrzebuje pilnie krwi.

    Pana Generała poznałem, gdy jeszcze miał podpułkownikowskie szlify na naramiennikach. Kilkukrotnie byłem na jego wykładach, jeden sam prowadziłem. Mam z nim kilka zdjęć i kilka jego autografów. Gdy przy nim stałem, moją uwagę rozpraszały dwa ordery na jego mundurze.

    Virtuti Militari i Krzyż Walecznych.

    Odznaczenia rycerza Rzeczypospolitej, który własną piersią, mając nieco ponad 20 lat, bronił Jej przed potworami, antyludzkimi monstrami spod znaku swastyki i czerwonej gwiazdy.

    Pan Generał błyszczy blaskiem dawno minionych czasów. Innej Polski, innego pokolenia. Pokolenia Kolumbów, którym my nie dorastamy do pięt. Mówił ze swadą, ale i z powagą, opowiadał swój wspaniały życiorys, godzien świetnego filmu. O zamachach na gestapowców, odbijaniu więźniów, o walce na Kresach. Życiorys bohatera.

    Moją dumą jest, że mogłem go poznać.

    Pan Generał pilnie potrzebuje krwi. Dowiedziałem się o tym w pociągu, więc, gdy tylko dojechałem, wyskoczyłem z wagonu i pojechałem pierwszy raz w życiu oddać krew. Przede mną była masa ludzi, w tym żołnierze z garnizonu.

    Jeśli zatem są tu patrioci, którzy nie słowami, lecz czynem, chcą uhonorować żyjących bohaterów, apeluję.

    Idźcie oddać krew.

    Ktoś może mi napisać, że to skandal, że piszę listy do hitlerowców. Że jestem nazistą i pewnie volksdeutschem.

    Jestem historykiem. Ci ludzie to bezcenni świadkowie historii. Za 10, 15 lat ich już nie będzie. Odejdą z tego świata. Jeśli ktoś będzie ich sądzić, to sam Najwyższy.

    Ci, którzy wyzywają mnie od nazistów, też szybko zapomną. A ja będę pamiętał, że pisałem do weteranów walk, że spotykałem się z nimi, że mam - teraz - 100 podpisów weteranów z różnych krajów. Polski, Wlk. Brytanii, Kanady, Niemiec, USA. I jestem, i zawsze będę dumny z tego, że upamiętniłem ich imiona.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Święte symbole Indian z plemienia Nawaho (Nawehódine).

    Nawaho są wyznawcami Wiary Przyrody, Jej Strażnikami i Obrońcami.
    Wyznają zasadę “CZŁOWIEK NALEŻY DO ZIEMI A NIE ZIEMIA DO CZŁOWIEKA”.

    Podobieństw pomiędzy światem Indian i światem Słowian jest wiele, tak wiele, że nie dziwią słowa kończące modlitwę Lakȟótów “Mitakuye Oyasin” – "wszyscy jesteśmy ze sobą spokrewnieni".

    #slowianie #indianie #rodzimowierstwo #usa #ameryka #starezdjecia #starszezwoje #fotohistoria #fotografia #ciekawostki #historia #religia #wiara #epokavilka #wielkalechia #qualitycontent
    pokaż całość

  •  

    ODKRYTO FRAGMENTY CELTYCKIEGO RYDWANU

    W południowo-zachodniej Walii, w hrabstwie Pembrokeshir, odkryto na polu fragmenty celtyckiego rydwanu. Obiekt liczy około 2000 lat i z pewnością został złożony do grobu razem ze zmarłym. Do odkrycia doszło w lutym 2018 roku; jednak informacji nie podawano do mediów.

    Znaleziska obejmują okucia z brązu, broszkę, część uprzęży, fragmenty kół rydwanu. Zachowało się także 35 kawałków dekoracyjnych z metalu - wciąż nienaruszonych.

    http://www.imperiumromanum.edu.pl/odkrycie-rzymskie/odkryto-fragmenty-celtyckiego-rydwanu/

    #archeologia #imperiumromanum #historia #liganauki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #rzym #qualitycontent
    --------------------------------------------------------------------------------------
    Podobają Ci się treści? Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!
    http://www.imperiumromanum.edu.pl/dotacje/
    pokaż całość

  •  

    Post oczywiście z wczoraj

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Ja wiem, że dzisiaj są Walentynki (najlepszego zakochanym!), jednakże, podczas II WŚ było to typowo anglosaskie święto i w zasadzie nie ma o czym pisać na ten temat.

    Radzieckie Iljuszyny Ił-2, czyli słynne ''Szturmowiki'' podczas lotu, sierpień 1944 r.

    Ił-2 powstał bezpośrednio pod wpływem niemieckich dokonań na polu lotnictwa. Sowieci byli zafascynowani samolotami bezpośredniego wsparcia wojsk. Już w latach 20. w Lipiecku wraz z Niemcami testowali samoloty Junkers J.I i uznali, że potrzebują podobnego samolotu. Przekonanie to pogłębiły sukcesy użycia dwupłatowych Henschli Hs-123 przez Legion Condor w wojnie domowej w Hiszpanii.

    Radziecki samolot powstał w biurze Siergieja Iljuszyna pod oznaczeniem CKB-55. Początkowo samolot miał być dwumiejscowy, ale na osobisty rozkaz Stalina zrezygnowano z tylnego strzelca, wymuszał to również zbyt słaby silnik Mikulina.

    Gdy rozpoczęła się niemiecka inwazja, Stalin osobiście nakazał przyspieszenie prac i rozpoczęcie produkcji samolotu, mówiąc ''Szturmowiki są nam potrzebne jak powietrze, jak chleb''. Lotnictwo ZSRR posiadało wtedy tylko 249 maszyn tego typu.

    W toku walk okazało się jednak, że samolot bardzo odstaje od pola walki. Szturmowiki były za wolne (z trudem 400 km/h, tyle, co krytykowany za prędkość i dużo starszy Stukas) i zbyt ociężałe w locie. Nie udało się tego wyeliminować do samego końca wojny. Co więcej, miały niewielki udźwig zaledwie 400 kg, co odpowiadało możliwościom myśliwców jednosilnikowych (jak Bf-109), mogąc zabrać dwie bomby 100 kg i cztery rakiety. Co gorsza, nie posiadał on celownika bombowego. Poligonowe testy wykazały, że zrzut z 50 m na obiekt o wielkości 2000 metrów kwadratowych ma 3,5 % szans trafienia. Jeszcze gorzej wypadały testy broni pokładowej - w Moskwie przy testach działek SzWAK okazało się, że zaledwie 1,1 % pocisków trafił cel, nie wyrządzając mu przy tym żadnej szkody. Niewielki wagomiar (50 i 100 kg) bomb pozwalał na zniszczenie celu tylko wtedy, gdy ta wybuchła 5-8 metrów od niego, co było praktycznie niemożliwe. Rakiety, mając bardzo niewielką głowicę bojową (niecały kilogram, śmiesznie mała ilość w porównaniu do np. amerykańskich rakiet HVAR z głowicami o masie 21 kg) również były nieskuteczne Działka 20 i 23 mm były całkowicie nieszkodliwe dla większości niemieckich czołgów. Jedyną w miarę skuteczną bronią były niewielkie bomby kasetowe PTAB o masie 2,5 kg. Ił-2 zabierały 192 bomby tego typu w dwóch kasetach pod kadłubem i, lecąc nisko, obsypywały niemieckie pojazdy setkami bomb, zdolnych przebić górny pancerz czołgów. Samoloty jednak były wówczas bardzo narażone na ostrzał przeciwlotniczy. Pod Kurskiem Iły zgłosiły zniszczenie 270 czołgów niemieckiej 3. DPanc. Problem w tym, że jednostka miała przed bitwą... 80 czołgów. Podobne zgłoszenie dotyczyło 17. DPanc., która - mając 67 czołgów - miała stracić ich 240.

    Ponadto, mimo, że opancerzone, Szturmowiki ponosiły olbrzymie straty. Brak tylnego strzelca we wczesnych wersjach, powolność i mała zwrotność powodowały, że były one bardzo narażone na ogień artylerii plot. Ponadto, wielki wpływ miał fakt, że większość pilotów nie miała w początkowym okresie bladego pojęcia, jak używać tych maszyn. Pierwszą jednostką był 4. SzAP (pułk lotnictwa szturmowego), który po dwóch tygodniach walk (22 czerwca-10 lipca 1941) utracił 55 z 65 Ił-2. Wysokie straty w 1941 r. doprowadziły do zmodyfikowania samolotu i dodania stanowiska tylnego strzelca.

    Co więcej, zdarzało się, że Niemcy, wiedząc, że ogon samolotu nie jest w żaden sposób opancerzony, na nim koncentrowali swój ogień. Wśród lotników Luftwaffe powstały nawet zespoły, specjalizujące się w zwalczaniu Szturmowików, atakując od dołu. Najlepszym z nich był Otto Kittel, który ze swoich 267 zestrzeleń miał aż 94 Ił-2. Poległ zresztą w walce z nimi w lutym 1945 r. Inni to Joachim Brendel (88 zestrzelonych Ił-2), Johannes Wiese (70 zestrzelonych) i Erich Rudorffer (58 zniszczonych Szturmowików).

    Niemcy nazywali samolot ''Zementbomber'' (''cementowy bombowiec''), a Finowie - ''maatalouskone'' (''traktor''). Podczas walk w Karelii w 1944 r. Niemcy i Finowie w miesiąc zestrzelili 174 Ił-2. Warto tutaj dodać, że nawet jeśli samolot nie został zestrzelony, to bywało i tak, że przy lądowaniu uszkodzonej maszyny kadłub się łamał w miejscu łączenia drewnianego, słabego ogona z opancerzonym przodem samolotu.

    Miał bardzo przestarzałą konstrukcję (większość państw poszła ścieżką myśliwców bombardujących - nie tylko dysponujących lepszym udźwigiem, ale przede wszystkim prędkością i zwrotnością, której Szturmowik nie miał), awaryjną i słabo uzbrojoną. Było tak źle, że za 10 lotów na Ił-2 nadawano tytuł Bohatera ZSRR. Był to najczęściej zestrzeliwany typ samolotu WWS - utracono ich w walce 10 765. W walce masowo ginęli strzelcy pokładowi, bo ich stanowiska nie były tak dobrze chronione - współczynnik śmierci wynosił jednego pilota do siedmiu poległych strzelców.

    Bohater ZSRR i pilot Ił-2, Walentin Awerjanow wspominał samolot: ''Nurkować nie mógł, ale na małej wysokości był bardzo skuteczny. Braliśmy 400 kg bomb, rzadko 600 – bo nie chciał wystartować. Prawdę mówiąc możliwości bombowych w Szturmowikach nie było. Dlaczego? Nieraz nie trafialiśmy w cel! Тo samo z rakietami RS – poleciały i postraszyły. Najbardziej dokładną bronią były działka.''

    Sowieci byli świadomi wad Ił-2 i dlatego, kiedy tylko nadarzyła się okazja, to wprowadzili unowocześnioną wersję, zwaną Ił-10.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Zapraszam na nową historię z cyklu #polskiepato.

    W opowieści występuje dość zawiły wątek rodzinny, więc w ramach ułatwienia narysowałam dla Was drzewo genealogiczne, które znajdziecie w sekcji komentarzy.

    • • •

    W 1948 r. 20-letni Jan Sojda został zatrzymany pod zarzutem zgwałcenia pasterki krów. Mężczyzna został skazany na osiem miesięcy bezwzględnego aresztu, a winą za uwięzienie obarczył dalszego krewnego, Jana Roja, który jako członek ORMO był przy jego zatrzymaniu, brał aktywny udział w śledztwie i rozprawie sądowej. Trzy lata po tych wydarzeniach zaginął 10-letni syn Roja, Marian. Chłopiec został odnaleziony zastrzelony, a jego ciało przeleżało ukryte pod gałęziami na podwórzu Sojdy przez dwa letnie miesiące. Załadować broń miał sam gospodarz, a pociągnąć za spust jego znajomy. Zdarzenie zostało uznane za wypadek, Sojdę uniewinniono, a sprawca dostał niski wyrok w zawieszeniu. Mężczyzna ten zginął w tajemniczym wypadku samochodowym pół roku później, a wzajemna niechęć pomiędzy rodzinami była odczuwalna przez następne lata.

    Po tym jak skazanie uległo zatarciu, Jan Sojda został ławnikiem sądowym, przez co miał w zwyczaju przechwalać się swoją znajomością prawa. Prowadził także duże i dobrze prosperujące gospodarstwo, a przez mieszkańców rodzinnej wsi nazywany był "królem Zrębina". Z zamożnym rolnikiem rozsądnie było mieć dobre stosunki, ponieważ jako jedyny w okolicy posiadał ciągnik i telefon stacjonarny. Umiał też robić zastrzyki i wyrywać chore zęby, co nie było bez znaczenia, gdy do najbliższego lekarza trzeba było iść kilka kilometrów.

    Gospodarz często opowiadał o swoich licznych znajomościach i koneksjach, przez co wzbudzał jeszcze większy respekt wśród lokalnej społeczności. Gdy jeden z sąsiadów zaprzeczył, jakoby to jego pies zagryzł i pożarł kurę z gospodarstwa Sojdy, nazajutrz znalazł truchło zwierzęcia z rozprutym żołądkiem, w którym znajdowały się resztki kurzych piór i pazurów.

    Z biegiem lat zarówno córka Jana Roja, jak i dzieci Jana Sojdy założyły własne rodziny. W sierpniu 1976 r. odbyło się huczne wesele wnuczki Roja, 18-letniej Krysi ze starszym o siedem lat Stanisławem Łukaszkiem. Na przyjęciu zorganizowanym przez państwa Kalitów, rodziców panny młodej, zjawiło się ponad pół wsi. Nie zabrakło także rodziny Sojdów, a Wiesława Adaś, siostra Jana Sojdy, pomagała w kuchni podczas wesela. W trakcie zabawy kobieta wydawała obcym przez okno duże ilości mięsa i wódki, co zauważył syn gospodarzy, niespełna 13-letni Miecio. Gdy Zdzisława Kalita zwróciła uwagę nieuczciwej krewnej, ta poczuła się urażona do tego stopnia, że odwróciła się na pięcie i opuściła zaślubiny. Następnego dnia wróciła z żądaniem przeprosin, a w ramach zadośćuczynienia domagała się towaru w tamtych czasach deficytowego – części zastawy stołowej, którą wypożyczono na wesele.

    Słuchajcie, zabieram dzbanki, wy powiecie, że one się stłukły i zapłacicie za nie

    – zaproponowała.

    Gdy jej żądania zostały odrzucone, skomentowała:

    Nie dasz dzbanków, nasze stosunki już się popsują na zawsze!

    Jednak pani Kalitowa była nieugięta. Od tej pory nikt z rodziny Sojdów nie odzywał się do Kalitów i Rojów, a wieść o kłótni rozeszła się po całej wsi. Zarzuty o złodziejstwo okazały się wielką zniewagą dla brata Adasiowej.

    Wyplenię te Kalitowe plemię!

    – odgrażał się wściekły Sojda.

    . . .

    25 grudnia 1976 r. w kościele św. Marcina w Połańcu odbywała się pasterka. Przed świątynią zaparkowały dwa autobusy, specjalnie wynajęte do przewozu mieszkańców sąsiedniego Zrębina. Jednak nie wszyscy uczestniczyli we mszy – w jednym z pekaesów Jan Sojda wraz z kilkunastoma innymi osobami pili wódkę. Była to swego rodzaju coroczna miejscowa tradycja.

    Kazania słuchała Krysia wraz z mężem i bratem Mietkiem. Wyszli jednak przed zakończeniem obrządków po tym jak niespodziewanie podeszła do nich kuzynka.

    Krycha, twój ojciec rozrabia w domu po pijaku, wracajcie szybko do chałupy

    – szepnęła.

    Mimo mrozu i zaawansowanej ciąży Krysi, Jan nie wpuścił ich do autobusu. To on wymyślił historię z domową awanturą, by wybawić "Kalitowe dzieci" z kościoła.

    Muszę z Kryśką Kalitów zrobić porządek, albo tak, albo tak. Nie będą nas dłużej nosić po pyskach jako złodziei mięsa. Od ich wesela do dziś wystarczy

    – powiedział Sojda.

    Cała trójka udała się pieszo w czterokilometrową podróż do rodzinnego domu. Kilkadziesiąt minut później "król Zrębina" wraz ze swoim szwagrem, 34-letnim Józefem Adasiem, zięciem, 28-letnim Stanisławem Kulpińskim oraz 30 innymi pasażerami ruszyli sprzed świątyni. Za nimi jechał drugi autobus, a na czele Fiat 125p prowadzony przez 27-letniego Jerzego Sochę, drugiego zięcia Sojdy. Jego pasażerkami były córki Jana. Większość pasażerów myślała, że jedzie po wódkę, jednak gdy samochód osobowy dogonił młode małżeństwo i chłopca, Socha dodał gazu i wjechał w idącego od zewnętrznej strony Mietka. Za nim z piskiem hamulców zatrzymały się autosany. Gdy przerażeni Łukaszkowie usiłowali pomóc rannemu, w ich stronę biegł już Sojda i Adaś. Mężczyźni zaczęli bić pięściami Staszka i okładać po głowie trzykilogramowym kluczem do odkręcania kół. Gdy skatowany osunął się na ziemię, mężczyźni zaczęli uderzać Krysię. Dziewczyna uciekła w pole, jednak oprawcy szybko ją dopadli.

    Wujku, nie zabijaj mnie, wujku... Zabrałeś mi męża i brata, zostaw chociaż mnie matce

    – błagała 18-latka.

    Oprawcy jednak nie mieli litości. Sojda trzymał ciężarną za włosy, a Adaś zadawał ciosy kluczem do kół, podczas gdy latarką przyświecał im 25-letni Henryk Witek.

    Całemu zajściu przez okna autobusu przyglądało się 30 świadków, większość nietrzeźwa. Niektórzy chcieli pomóc katowanym sąsiadom, jednak w drzwiach stał Kulpiński i groził, że jeżeli ktoś wysiądzie, to spotka go taki sam los.

    Gdy Krysia straciła przytomność, mężczyźni przyciągnęli ją do drogi.

    Sojda! Sojda! Co wy chcecie od mojej żony, od nas wszystkich

    – rozległ się w ciemnościach głos Staszka, który resztką sił usiłował stanąć na nogi. Wtedy Jan podszedł do niego i zadał jeszcze kilka uderzeń kluczem. Wskutek wgniecenia kości czaszki do mózgu mężczyzna zmarł. Wtedy Sojda zwrócił się do jęczącego z bólu Mietka. Wsiadł za kierownicę fiata i najechał na głowę chłopca. Przyczyną jego śmierci było rozległe złamanie kości ze zmiażdżeniem i stłuczeniem tkanki mózgowej.

    Przesiądźcie się wszyscy do drugiego autobusu

    – rozkazał przerażonym pasażerom wiejski lider, a ludzie posłusznie opuścili pojazd.

    Nieżyjących już mężczyzn i nieprzytomną dziewczynę wnieśli do środka i przewieźli półtora kilometra dalej. Sojda oświadczył, że trzeba upozorować wypadek samochodowy oraz gwałt. 120 metrów od zabudowań Zrębina ułożyli w rowie zwłoki, a w pewnej odległości od nich wciąż żywą Krystynę. Miejsce kierowcy pustego autobusu zajął Józef Adaś, który najechał na ciała Staszka i Miecia. Następnie cofnął auto wzdłuż dna rowu, najeżdżając tylnym kołem na dziewczynę, przez co doznała złamania kości miednicy. Śmierć Krystyny nastąpiła z powodu rozległego złamania kości czaszki i przerwania rdzenia kręgowego na wysokości czwartego kręgu szyjnego. Zwłoki ciężarnej obnażyli, zsuwając jej reformy (rodzaj damskich majtek z dłuższą nogawką i wysokim stanem) i podciągając palto do góry. Ciało ułożyli za pekaesem, który pozostawili na miejscu.

    Gdy Sojda wrócił do autobusu, oświadczył, że nikt nie może mówić na temat tego, czego byli świadkami, bo inaczej skończy jak "Kalitowe dzieci". Trzymał w ręku różaniec i kazał każdemu do siebie podejść, powtórzyć za nim słowa przysięgi milczenia i pocałować krzyżyk. Biorący udział w dziwnym rytuale mieli nakłuwane agrafką opuszki palców, by namalowanym kroplą krwi krzyżykiem na papierze potwierdzić pakt. W międzyczasie jeden z zięciów "króla Zrębina" przywiózł teczkę wypchaną pieniędzmi, które rozdawał przysięgającym.

    Po "ceremonii" każdy z obecnych musiał wymyślić sobie alibi. Socha zawiózł Henryka Witka do sąsiednich Łubic, by ten mógł zeznać, że na pasterce był w tamtejszym kościele. Gdy odjeżdżali, kierowca na prośbę teścia ponownie przejechał po Mietku Kalicie. Wielu ze świadków mordu wróciło do Połańca. Po zakończeniu mszy kierowca jednego z autobusów wszczął alarm, że został mu skradziony pojazd. Wierni wsiedli do drugiego i ruszyli w drogę powrotną do wsi. Po drodze zauważyli zaginiony autobus i wezwali milicję, która na miejscu zjawiła się około drugiej w nocy.

    . . .

    U ciebie wszystkie dzieci wybite

    – powiedział następnego ranka Wacławowi Kalicie zapłakany szwagier. Mężczyzna zemdlał.

    Cała wieś mówiła tylko o jednym, jednak nikt ze świadków zabójstwa nie chciał wyjawić prawdy o zdarzeniach minionej nocy.

    Jeszcze tego samego dnia na posterunku milicji pojawił się Sojda i zaproponował mundurowym łapówkę w wysokości 100 tys. zł (równowartość około dwuletnich przeciętnych zarobków, starczyłoby na Fiata 126p i jeszcze trochę zostało), by ci prowadzili dochodzenie w kierunku wypadku samochodowego, a nie morderstwa. Mieszkańcy Zrębina solidarnie milczeli, nie chcąc wyprowadzać z błędu mundurowych, którzy podejrzewali wypadek.

    Jednak niespodziewanie znalazł się jeszcze jeden obserwator całego zajścia – 14-letni Staś Strzępka, przyjaciel zamordowanego Miecia. Feralnej nocy chłopiec wracał pieszo z pasterki i widział jak sprawcy układają zwłoki na poboczu.

    Bandyto! Zabiłeś mi kolegę!

    – wykrzykiwał Staś przed domem Józefa Adasia dzień po morderstwie.

    Z obawy przed wykryciem Sojda chciał obłaskawić chłopca, zaczął zapraszać go do siebie, usiłując wpłynąć na jego wspomnienia z bożonarodzeniowej nocy. Częstował go amerykańskimi papierosami i dawał prezenty, a Sojdowa karmiła obiadami, poiła winem i obiecywała w przyszłości za żonę swoją jeszcze małą córkę. Kazali mu klęczeć przed obrazem Matki Boskiej i przyrzekać, że nic owej nocy nie widział, podyktowali też fałszywe zeznania, które chłopiec musiał wyrecytować, podczas gdy gospodarz nagrywał go na magnetofon. W końcu Sojda zaproponował Strzępkom 20 tys. zł, krowę i meble w zamian za milczenie ich syna. Ci jednak odmówili, mimo że byli najbiedniejszą rodziną we wsi. To rozwścieczyło Jana i jego sprzymierzeńców. Zaczęła się nagonka na rodzinę chłopca, groźby i nachodzenie.

    W śledztwie odnośnie do wydarzeń z nocy 25 grudnia zostały popełnione liczne błędy. Nie zabezpieczono miejsca zdarzenia, znalezionych przy autobusie przedmiotów takich jak pusta butelka po wódce, a sekcje zwłok zostały wykonane przez lekarza bez uprawnień. Medyk wprawdzie odbył szkolenie z przeprowadzania autopsji, ale nie przystąpił do egzaminu. Zwłoki zbadał bardzo pobieżnie i jak stwierdził po trzech latach, zastosował "uproszczoną technikę sekcyjną", która nie wykazała, że w wigilijną noc pod Zrębinem mogło dojść do czegoś więcej niż tylko do śmiertelnego wypadku drogowego. Przyznał też, że odstąpił od pewnych czynności na polecenie prokuratora, który nie chciał "zeszpecić zwłok".

    Tuż przed Nowym Rokiem na połanieckim cmentarzu odbył się pogrzeb ofiar, w którym uczestniczyło wielu świadków ich morderstwa. Jedną z trumien pomagał nieść nawet sam Jan Sojda.

    Dwa tygodnie po świętach Bożego Narodzenia został oddany do kasacji sprawny wciąż Autosan (zdjęcie), którym poruszali się sprawcy. Nie zabezpieczono w nim także śladów, które mogłyby pomóc w ustaleniu winowajców.

    Mordercy wraz ze swoimi rodzinami zastraszali całą wieś. Sojda rozdawał łapówki w zamian za milczenie i dyktował zeznania. Kalitowie dostawali anonimowe pogróżki, wypuszczono im w nocy krowy z obory, a najbliżsi krewni radzili:

    Wy dajta spokój, dzieci wam i tak już nikt nie wróci... Wy niepotrzebnie szukata zbrodniarzy, trzeba szukać tych, co na waszych dzieciach zrobili wypadek drogowy.

    Sprawcy wciąż naciskali na 14-letniego świadka i jego rodzinę. Sojda usiłował nawet wywieźć chłopca do wcześniej przekupionego psychiatry, aby stwierdził u niego ociężałość umysłową. Gdy i ten plan się nie powiódł, ktoś podpalił Strzępkom stodołę i regularnie wybijał w chałupie okna. W końcu Staszek zdecydował się zeznawać, dzięki czemu w lutym 1977 r. milicja zatrzymała Józefa Adasia pod zarzutem spowodowania wypadku drogowego. W międzyczasie sprawę tego dziwnego (jak cały czas sądzono) wypadku przejęła specjalna grupa milicjantów z komendy wojewódzkiej w Tarnobrzegu.

    Sojda z zięciami wciąż usiłowali trzymać wieś w ryzach. Zorganizowali spotkanie w sąsiedniej Wolnicy, gdzie przy ołtarzyku z Matką Boską Częstochowską i krucyfiksem, w blasku świec kazali zebranym ponownie składać przysięgę milczenia. Każdy dostał także od 2 do 10 tys. zł (średnia pensja wynosiła wtedy około 4 tys. zł) i medalik, po które kilka dni wcześniej sam morderca pojechał na Jasną Górę, gdzie modlił się o uniewinnienie.

    Nagonka na Strzępków zaostrzyła się do tego stopnia, że ojciec rodziny musiał czuwać nocami z siekierą. Ktoś regularnie wrzucał przez okno drobne monety, jakby symbol judaszowych srebrników. Równolegle do prokuratury dochodziły anonimowe groźby pod adresem rodziny Kalitów:

    Matka zginie tak, jak zginęły jej dzieci, to było upomnieniem dla nich wszystkich, dla całej rodziny. Proszę ją upomnieć i to jak najszybciej, bo nie doczekają obydwoje z mężem rozprawy sądowej. I nawet nie będą wiedzieć, jak ktokolwiek dostał. Proszę tę sprawę rozstrzygnąć jak najszybciej i proszę ją o to jak najszybciej upomnieć, bo będzie straszna tragedia.

    Nie wszystkich jednak we wsi udało się zastraszyć. Jeden z pasażerów autobusu, Leszek Brzdękiewicz, złożył zeznania obciążające sprawców, dzięki czemu wiosną 1977 r. milicja aresztowała Jana Sojdę, a latem obu jego zięciów. Sam świadek niestety nie doczekał procesu, ponieważ rok później w Wielkanoc pijany utopił się w pobliskiej rzeczce Czarnej. Mimo tego, że poziom wody sięgał do kostek, sprawa została uznana za wypadek i umorzona.

    Dostaliśmy informacje o osobach, które mogły pomóc Leszkowi utonąć. Jednak nie mieliśmy dowodów

    – mówił po latach jeden z milicjantów pracujących przy tej sprawie.

    Henryk Witek, który najpierw występował w charakterze świadka, pod koniec maja został aresztowany pod zarzutem pomocnictwa w morderstwie. Jako jedyny przyznał się do uczestnictwa w zbrodni, a podczas przesłuchania wyjaśniał, że bał się rodziny Jana Sojdy, dlatego nie stanął w obronie ofiar.

    Jakie jest porównanie między waszym strachem i waszą bojaźnią przed paru uderzeniami ze strony Sojdy i Adasia, a próbą uratowania życia kobiety w piątym miesiącu ciąży i dwóch mężczyzn?

    – zapytał prokurator.

    Mężczyzna nie odpowiedział. Prokuratura zarzuciła mu pomocnictwo w zabójstwie.

    . . .

    26 maja 1977 roku odbyły się ekshumacje zwłok ofiar. Wykazały one między innymi, że uszkodzenia głów Krystyny i Stanisława wyglądają dokładnie tak, jakby pochodziły od uderzeń zadanych podłużnym, twardym, tępym i ciężkim przedmiotem.

    W sierpniu odbyła się wizja lokalna, której przyglądali się wszyscy mieszkańcy Zrębina.

    Podczas śledztwa okazało się, że Sojda sporządzał listę ludzi do zabicia w związku ze sprawą śmierci Łukaszków i Mietka.

    Po aresztowaniu sprawców część świadków zaczęła opowiadać o zdarzeniach z nocy 25 grudnia 1976 roku. Wielu z nich w końcu odwołała zeznania, jednak dowody zebrane przez milicję pozwoliły, by rozprawa ruszyła 7 listopada 1978 r. w Sądzie Wojewódzkim w Tarnobrzegu z siedzibą w Sandomierzu. Proces stał się bardzo medialny, a tak zwaną "sprawę połaniecką" śledziła cała Polska Rzeczpospolita Ludowa.

    (zdjęcie) (zdjęcie)

    Podczas pierwszej rozprawy Kulpińska przysięgała na swoje dzieci, że jej mąż jest niewinny. Żony oskarżonych do końca zarzekały się, że ten proces to kłamstwa i pomówienia. Z kolei siedzący na ławie oskarżonych Jan Sojda zwrócił się do Zdzisławy Kalitowej:

    A jak się będziesz czuć, Zdzisiu, gdy ja wyjdę z więzienia?

    Podczas procesu anonimowe groźby w kierunku krewnych zamordowanych oraz mieszkańców Zrębina nie ustawały. Rodzina oskarżonych wciąż usiłowała przekupywać świadków, a Kulpińscy chwalili się, że cała prokuratura i sąd zostali już przekupieni.

    Wy dajta spokój, dzieci wam nikt nie wróci, a żywych chłopów wpakujeta do więzienia

    – usiłowali przekonać krewni rodziców zamordowanych, którzy występowali w sprawie jako oskarżyciele posiłkowi.

    Przed sądem ludzie wciąż milczeli lub twierdzili, że nic nie pamiętają.

    . . .

    Sojda wielokrotnie usiłował wysyłać z więzienia grypsy do swojej żony, w których instruował co do zeznań i tego, komu na wsi zapłacić łapówkę, na które łącznie wydali od 200 do 400 tys. zł.

    Jeden z mieszkańców Zrębina, gdy któregoś dnia zaprzęgał konia, znalazł na furmance przyciśniętą kamieniem kartkę. Jej treść jednoznacznie sugerowała, że jeśli podzieli się z kimś swoimi wątpliwościami, jego obejście pójdzie z dymem. Kolejny gospodarz został nocą zaatakowany i poczuł na swojej krtani nóż. Usłyszał ostrzeżenie, żeby nic nikomu nie mówił. Inny rolnik w czasie prac polowych usłyszał od rodziny Sojdów, że będzie miał “łeb ucięty kosą”.

    Po pierwszej rozprawie ktoś podpalił groby Krysi, Staszka i Mietka. Świadek widział tylko zarys uciekającej kobiety. Ludzie we wsi byli przerażeni, szeptali między sobą: "Co będzie jak Sojdowie jednak wrócą?".

    Gdy Zdzisława Kalita spotkała w autobusie jedną z żon zatrzymanych mężczyzn, ta zaczęła krzyczeć:

    Przez Was nasze chłopy wsadzone, one wyjdą niedługo i gówno im narobita!

    Prowadzący sprawę prokurator postanowił chwilowo odpuścić rozpatrywanie winy oskarżonych i zajął się wykazywaniem kłamstw i mataczeń w zeznaniach świadków. Zaczęły się liczne aresztowania. Przerażeni wizją więzienia mieszkańcy Zrębina zaczęli zeznawać prawdę.

    . . .

    Po roku trwania procesu odbyła się druga wizja lokalna, której przyglądała się prawie cała wieś.

    (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie) (zdjęcie)

    10 dni wcześniej powiesił się ojciec Stasia Strzępka. Uzależniony od alkoholu mężczyzna nie wytrzymał wciąż trwających prześladowań i nagonek na jego rodzinę. Przez okna wciąż sypały się drobne monety, jego syn był obrzucany kamieniami i butelkami, a dwa tygodnie przed śmiercią ktoś znów wybił im szyby w chałupie.

    Ino Sojdowe chłopy wyjdą jakim swoim sposobem z więzienia, a my, matka, możemy pierwsze pójść z dymem. Jak ony wrócą, zarządzą wsią, to nas nikt nie zapyta, czy prawda nam kazała tak zeznawać, czy tak. Kto ze strachu będzie słuchał prawdy?

    – zamartwiał się przed swoją śmiercią mężczyzna.

    . . .

    Zanim w sprawie morderstwa młodego małżeństwa i 12-letniego chłopca zapadł ostateczny wyrok, aresztowano wiele osób za mataczenie i składanie fałszywych zeznań, odwoływanie ich czy utrudnianie przebiegu rozprawy. Z około 232 przesłuchanych świadków aż 38 odwoływało swoje zeznania, a 24 z nich aresztowano. Tylko trójka zdecydowała się opowiadać przed sądem. Ostatecznie 18 świadków spędziło w więzieniu od czterech do ośmiu lat. Jedna z sióstr Jana Sojdy także została skazana.

    Idź pan w cholerę

    – powiedziała do swojego obrońcy, opuszczając salę sądową po ogłoszeniu wyroku czterech lat pozbawienia wolności.

    Sąd 77 razy korzystał z prawa nakładania na świadków uchylających się od zeznań kar pieniężnych od 500 zł do 2 tys. zł, co w sumie wyniosło 51 tys. zł.

    Sąd dwoił się i troił, odbierał przysięgi, odczytywał zeznania ze śledztwa, pytał o przyczyny rozbieżności zeznań, a kiedy świadkowie bezczelnie odmawiali zeznania lub kręcili –- upominał, przywoływał do porządku, groził karami. Gdy i to nie odnosiło skutku, posypały się kary pieniężne i areszty. Siedziały nieraz całe rodziny.

    – pisał Bogusław Sygit w swojej książce "Kto zabija człowieka. Najgłośniejsze procesy kryminalne w powojennej Polsce".

    Jednak większość świadków do końca zachowała milczenie.

    Nie znalazłam żadnych informacji, czy jakąkolwiek odpowiedzialność ponieśli milicjanci i prokuratorzy za błędy popełnione w śledztwie.

    . . .

    Ostatni proces odbył się w 10 listopada 1979 r. Pod budynkiem Sądu w Sandomierzu kilkaset osób wykrzykiwało:

    Dawać ich tu, wystawimy szubienicę na ulicy!

    Jan Sojda w swoim ostatnim słowie prosił o powrót do domu by w najbliższą Wigilię móc podzielić się z rodziną opłatkiem. Józef Adaś odczytał swoją wcześniej przygotowaną mowę, w której zapewniał o swojej niewinności. Uznał, że nie zasługuje na żaden wyrok i prosi o uniewinnienie. Jerzy Socha, Stanisław Kulpiński i Henryk Witek także prosili o wydanie wyroku uniewinniającego.

    Sąd uznał wszystkich mężczyzn za winnych zarzucanych im czynów i skazał Sojdę, Adasia, Sochę i Kulpińskiego na mocy art. 148 § 1 kk. i art. 40 § 1 punkt 1 kk. na karę śmierci oraz pozbawienie praw publicznych na zawsze. Z kolei Witka na karę pięciu lat pozbawienia wolności i pozbawienie praw publicznych na siedem lat. Jego klasyfikację prawną czynu zmieniono z pomocy w zabójstwie na pomoc sprawcy przestępstwa.

    Przewodniczący kompletu orzekającego, sędzia Marek Mociąg, tak uzasadniał wyrok:

    Proces przeciw społeczeństwu wsi, więc nie tylko przeciw skazanym. W kraju na nieszczęście zdarza się kilkaset zabójstw rocznie. Ale jeszcze nie zdarzyło się, aby społeczność wiejska zanikiem sumienia, korupcją, przekupstwem, strachem, paraliżem woli utkała tak szczelną zasłonę milczenia wokół zbrodni. (...) Retoryczne pytanie: ile jest warte ludzkie życie? W okolicach Połańca nabiera ponurego wymiaru konkretnego – może być warte od pięciu do pięćdziesięciu tysięcy złotych łapówek. (...)

    Kara poprzez eliminację jest karą wyjątkową, stosowaną wobec ludzi, którzy okazują wyjątkowy ładunek okrucieństwa w pozbawianiu życia innych. Kara ta ma przypominać, że człowiek posiada tylko jedno życie i nikt nie ma prawa tego życia przerywać. Zwłaszcza jeśli jest to życie ludzi, którzy – jak Mieczysław, jak Krystyna z nienarodzonym dzieckiem w łonie, jak Stanisław – nie narazili się nikomu.

    Wyrok nie był prawomocny.

    Ludzie, zostańcie z Bogiem, odchodzimy i nie wiemy, kiedy wrócimy

    – powiedział Sojda, wychodząc z sali sądowej.

    . . .

    Na początku 1981 r. rozpoczął się proces kasacyjny.

    Według sądu rodzina oskarżonych zachowywała się agresywnie, dlatego została wyproszona z budynku i otrzymała zakaz pojawiania się tam.

    16 marca 1981 r. w Sądzie Najwyższym zapadł prawomocny wyrok. Sąd uznał wszystkich oskarżonych za winnych zarzucanych im czynów i utrzymał w mocy wyrok wobec Jana Sojdy, Józefa Adasia oraz Henryka Witka. Karę Jerzego Sochy zmienił na karę 25 lat pozbawienia wolności oraz 10 lat pozbawienia praw publicznych. Wyrok Stanisława Kurpińskiego został zmieniony na 15 lat pozbawienia wolności oraz sąd orzekł pozbawienie praw publicznych na 10 lat. W tamtym czasie w polskim prawie nie było kary dożywocia.

    Stanie nasza niewinność przed oczami!

    – krzyczała matka jednego ze skazanych do Zdzisławy Kality tuż po ogłoszeniu wyroku.

    . . .

    Dwa lata od dnia ogłoszenia wyroku Sojdzie posiwiały wąsy.

    Będę wisiał i się nie martwię

    – mówił wtedy.

    Niech się martwią te, co mnie powieszą. Sojda jest inny niż wszystkie ludzie. Dziś żyje, jutro może go nie być. Ci, co mnie osądzili, do końca swego życia nie przebadają mego charakteru. Niech się z tym gryzą, że mnie nie przebadali. Sojda zabierze do grobu całego Sojdę, z nikim się sobą nie podzieli.
    Ani on, ani Adaś, Socha, Kurpiński czy Witek nigdy nie przyznali się do winy i nie przeprosili poszkodowanych.

    Karę śmierci wobec 54-letniego wtedy Jana Sojdy i 40-letniego Józefa Adasia wykonano przez powieszenie 23 listopada 1982 r. w krakowskim Areszcie Śledczym przy ulicy Montelupich. Według jednego ze świadków egzekucji ostatnie słowa Sochy brzmiały: "Nie jestem winowaty, to śledcze winne za zrobienie tej szopki".

    Jerzy Socha w wieku 45 lat został warunkowo zwolniony z zakładu karnego po odsiedzeniu 14 lat i sześciu miesięcy, a Stanisław Kulpiński spędził w więzieniu 11 lat i sześć miesięcy. Wyszedł w wieku 41 lat.

    . . .

    My ciągle rozmawiamy na jeden tylko temat: najgorzej temu z nas obojga, które zostanie ostatnie. Kto poda kroplę wody?

    – mówiła Zdzisława Kalita w latach 80.

    Jej mąż Wacław zmarł w 1998 r. Na początku 2018 r. pani Kalitowa (zdjęcie z 2006 r.) wciąż żyła i mieszkała w tym samym domu w Zrębinie.

    W 2006 r. jeden z dziennikarzy chciał nawiązać kontakt ze Staszkiem Strzępkiem. Okazało się, że dorosły już mężczyzna ma poważny problem z alkoholem, rzadko bywa w swojej rozwalającej się chacie i ciężko jest się z nim porozumieć.

    W styczniu 2007 r. dziennikarze zagadnęli Henryka Witka, który powiedział:

    Jak Boga kocham, nie było mnie tam. Wciąż żyją ludzie, którzy mogą to potwierdzić. Bili mnie, to powiedziałem, co chcieli usłyszeć. Potem w sądzie odwołałem, ale nic to nie dało. Nie mam pojęcia, czy to było zabójstwo, czy wypadek. Mnie tam nie było.

    Rodzina Sojdy zapowiadała, że chce zgłosić sprawę do Trybunału w Strasburgu.

    Chodzę po wsi z podniesioną głową, bo ludzie wiedzą, że jestem niewinny. Wierzę, że cała prawda jeszcze ujrzy światło dzienne

    – mówił Stanisław Kulpiński (zdjęcie).

    klik <- krótki reportaż z grudnia 2014 r.

    W styczniu 2018 r. dziennikarze TVN-u udali się do Zrębina, gdzie okazało się, że nawet po 41 latach od zbrodni ludzie boją się o niej mówić. -> klik (pokazują dużo zdjęć z akt)

    Rodziny skazanych do tej pory uważają, że ich bliscy są niewinni.

    . . .

    Na podstawie tej zbrodni w 1988 r. powstał film "Zmowa" w reżyserii Janusza Petelskiego, warto zobaczyć (jest na CDA).

    • • •

    Jeżeli ktoś chciałby mnie wesprzeć, bym mogła pozwolić sobie na poświęcenie większej ilości czasu na pisanie dla Was, a w przyszłości zacząć nagrywać podcasty na podstawie swoich tekstów, to zapraszam na mój Patronite. Działa już płatność kartą, PayPal i inne takie, tak że jakby ktoś jednak chciał zrezygnować z wypicia jednego piwka i przekazać ten skromny pieniądz na kvoczą działalność – będę dozgonnie wdzięczna!

    Na patronite’owego bloga wrzuciłam dziś:

    • uzasadnienie wyroku Sądu Najwyższego
    • reakcja ojca na informację o śmierci jego dzieci, relacja z kostnicy i miejsca zdarzenia
    • tłumaczenia oskarżonych, ich wersja wydarzeń z 25 grudnia 1976 r.
    • reakcja rodziny Kalitów na wykonanie wyroków
    • Wigilie rodziny Kalitów po śmierci dzieci

    • • •

    Nad poprawnością języka polskiego w moich tekstach czuwa @TerazMnieWidac, a nad językiem prawnym, prawniczym oraz służąc wiedzą z dziedziny prawa karnego @IgorK.

    • • •

    Do napisania powyższego tekstu korzystałam z książki "Nie oświadczam się" Wiesława Łuki, którą bardzo Wam polecam. Informacje z prasy, które zawarłam w swoim tekście, pochodzą stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd, stąd i stąd.

    • • •

    pokaż spoiler #kryminalne #kryminalistyka #morderstwo #patologiazewsi #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #morderstwo #sprawapolaniecka #zrebin #polaniec #karasmierci
    pokaż całość

  •  

    RZYMSKIE POCZĄTKI WALENTYNEK

    Możliwe, że zwyczaje związane z obchodzeniem Walentynek nawiązują do starożytnego święta rzymskiego, zwanego Luperkaliami, obchodzonego 15 lutego ku czci bożka Fauna lub pierwotnie staroitalskiego boga pasterzy Luperkusa, który chronił ich stada przed wilkami.

    (więcej w artykule)

    http://www.imperiumromanum.edu.pl/ciekawostka/rzymskie-poczatki-walentynek/

    #archeologia #imperiumromanum #historia #liganauki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #rzym #qualitycontent
    --------------------------------------------------------------------------------------
    Podobają Ci się treści? Wesprzyj IMPERIUM ROMANUM!
    http://www.imperiumromanum.edu.pl/dotacje/
    pokaż całość

  •  

    Mireczki i Mirabelki dzisiaj troszkę o naszym smoku wawelskim i o tym, że nie był legendą!

    Naukowcy z Uppsali ustalili, że smok wawelski istniał naprawdę. Smok pochodził z rodziny archozaurów i figuruje w rejestrach paleobiologów jako „smok wawelski”. Informacje o swoich spostrzeżeniach badacze umieścili w Scientific Reports.
    Ciekawe czy kamienie miały wpływ na jego wyginięcie?

    Link do znaleziska - Smok wawelski nie jest tylko legendą!
    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach. Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #zwyczaje #swiat #liganauki #zainteresowania #smoki #polska #dinozaury #tradycja #biologia #natura #zwierzeta #przyroda #wawel
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    A dzisiaj coś, co zna chyba każdy fan II WŚ i Finlandii. Fiński snajper ze zdobycznym Mosinem z celownikiem PE.

    W Polsce jeśli chodzi o Finów, to każdy zna dwie postaci - marszałka Mannerheima i... Valkoinen Kuolema. Najsłynniejszego snajpera świata. Simo Häyhä.

    Dobrze strzelać potrafił chyba każdy mężczyzna w Finlandii. Myślistwo było popularnym zajęciem w zalesionym kraju. W latach 20. jako karabin dla armii i Gwardii Obywatelskiej wybrano karabin Mosina, produkowany przez firmę Sako pod oznaczeniami m/27 i m/28. Ponieważ uznano, że należy wykorzystać koncepcję snajperów, postanowiono przetestować celowniki optyczne. Zamówiono w lokalnej firmie Oy Physica 230 celowników pryzmatycznych, jednak nie były one zbyt udane (były zbyt delikatne i wrażliwe na spadki temperatur) i tylko 150 przystosowanych egzemplarzy trafiło na front.

    W związku z tym, większość fińskich snajperów, nie posiadała celowników optycznych, korzystając wyłącznie z muszki i szczerbinki. Jednak, gdy była tylko okazja, przejmowali zdobyczne, nawet uszkodzone, sowieckie karabiny wyborowe z dobrymi celownikami PEM i PE, opartymi o niemieckie celowniki Zeissa. Co więcej, wbrew sowieckim przekazom, Finowie raczej rzadko strzelali z drzew. Pozycja ta była nielubiana, bo nie pozwalała strzelcowi na szybki odwrót. Wykorzystywano je głównie w celu obserwowania nieprzyjaciela i kierowania ognia artylerii.

    Nie istniały żadne szkoły snajperskie, ani podręczniki do walki tego rodzaju. Większość snajperów była całkowitymi samoukami. Działali najczęściej w dwuosobowych zespołach, przenikając przez sowieckie linie, albo wspierając ogniem kolegów na froncie. Jeden strzelał, drugi obserwował. Wykorzystywali swoją znajomość terenu i narty do szybkiego przemieszczania się. Przygotowywali sobie kilka stanowisk, zmieniając je po kilku strzałach. Były to najczęściej wydrążone jamy, nazywane przez Rosjan ''finskij sugrob''. Fińscy strzelcy strzelali z ich wnętrza, by nie zdradzał ich płomień wystrzału.

    Długie kolumny zmotoryzowane, uwięzione w motti były doskonałym celem. Strzelali niespiesznie, jakby delektując się chwilą. Piechotę zostawiali najczęściej w spokoju, to szarże były ich celem. Dziesiątkowali całe jednostki.

    Jeden z dziennikarzy zapytał fińskiego snajpera, czy strzelanie do czerwonoarmistów sprawiało mu jakieś osobiste ''kłopoty''. Fin, po krótkim namyśle odparł: ''Owszem, wie pan, starali się robić uniki, chować za osłoną i biec zygzakiem''.

    Najsłynniejszym oczywiście pozostał Häyhä, mając 700 Sowietów na koncie (są co do tego wątpliwości, jak co do istnienia innego snajpera, zwanego Sulo Kolkka), ale byli i inni:
    - ppor. Kalle Moilanen - ponad 200 zabitych w dwa miesiące;
    - kpl. Kaarlo Aarnio - 150 zabitych;
    - Toivo Maukonen - 150-200 zabitych.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Płaskorzeźba przedstawiająca scytyjskich carów Skilurusa i jego syna Polaka z II wieku p.n.e.

    Podczas wykopalisk w ruinach Neapolu Sczytyjskiego, dzisiejszy Symferopol odnaleziona została płaskorzeźba z realistycznie przedstawionymi podobiznami władców Krymskich. Czarowie Tauruskifijscy, Skilurus i Polak przedstawieni są na koniach jadących obok siebie.

    Z postacią Skilurusa wiąże się następująca opowieść: umierając, czar Skilurus pozostawiał osiemdziesięciu synów. Tuż przed śmiercią podał każdemu po wiązce oszczepów i nakazał złamać, czego oni nie byli w stanie dokonać. Wtedy Skilurus zaczął wyciągać po oszczepie z wiązki i wszystkie pojedynczo łamać. Miało ich to nauczyć, że tylko razem pozostaną silni, a rozdzieleni stracą swą moc.

    #slowianie #historia #scytowie #archeologia #artefaktnadzis #historiaslowian #krym #ciekawostkihistoryczne #rosja #starszezwoje #qualitycontent #plaskorzezba #sztuka #wielkalechia #epokavilka #slowianskapolska
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Chiński żołnierz ćwiczy w przerwie od walk, Szanghaj, sierpień 1937 r.

    Zauważyłem znamienną rzecz - piszę o kolejnych bitwach wojny chińsko-japońskiej, ale dość często pojawia się pytanie ''czemu Chińczycy przegrywali''. Dlatego dzisiaj pokuszę się o wyjaśnienie podstaw, bo faktycznie - pisanie o bitwach nie oddaje całego obrazu. Dzisiaj będzie długo, bo temat jest ważny.

    Żeby zrozumieć słabość Chin w II WŚ, trzeba cofnąć się o przynajmniej 40 lat, czyli do pierwszej wojny chińsko-japońskiej 1894-95. Japonia, która stosunkowo niewiele wcześniej otworzyła się na świat, wybrała prostą drogę do budowania potęgi i obrony własnej niezależności: atak na osłabionego sąsiada. Chiny zaś były idealnym przeciwnikiem. Od lat trawione wewnętrznymi sporami i wojnami, eksploatowane i grabione przez europejskie mocarstwa nie mogły się obronić przeciwko świetnie wyszkolonej, nowoczesnej armii japońskiej. Klęska Chin zachęciła inne potęgi europejski do grabienia Państwa Środka. W 1898 r. Niemcy szantażem wymusili dzierżawę Półwyspu Szantung z miastem Qingdao, w tym samym roku Rosja wymusiła przejęcie Port Artur, Francja - Kuangczouwan na południu, a Wlk. Brytania - Hongkong. Kryzys pogłębiło powstanie bokserów, brutalnie spacyfikowane przez europejski korpus ekspedycyjny w 1900 r., oraz wojna rosyjsko-japońska.

    I WŚ nie zmieniła zbytnio sytuacji Chin. W 1915 r. Japonia wymusiła na Chinach prawo do budowania fabryk i kopalń na terenach chińskich. Co więcej, mimo, że Ententa obiecała Chinom zwrot niemieckich koncesji, w 1919 r. zostały one przekazane Japonii. Oburzone zdradą Chiny nie uznały Traktatu Wersalskiego. Co więcej, w tzw. ''Traktacie Czterech Potęg'' z 1921 r. Chiny potrzebowały zgody banków USA, Francji, Wlk. Brytanii i Japonii na uzyskanie pożyczek zagranicznych. Potęgi europejskie drenowały Chiny, łamiąc wszystkie wartości, w obronie których rzekomo później walczyli z Japończykami...

    Należy też wspomnieć, że Chiny nie były jednolitym państwem. W 1915 r. doszło do rozpadu armii Chin na frakcje Anfu i Zhili, które toczyły ze sobą wojnę (do której dołączyła frakcja Fengtian i Guangxi), która trwała aż do 1929 r. Potem doszła jeszcze wojna domowa z komunistami i ogólne rozbicie dzielnicowe Chin. Ogółem - jeden wielki chaos.

    Dopiero w 1930 roku rozpoczęto modernizację armii we współpracy z Niemcami. Niemcy okazali się być najbardziej wartościowym dla Chin sojusznikiem (bo reszta świata niezbyt była zainteresowana Chinami, licząc, że jeszcze słabsze Chiny staną się doskonałym rynkiem zbytu i kolonią europejskich mocarstw), ale ambitne plany utworzenia 80 dywizji elitarnych, opartych o wzorce Wehrmachtu pokrzyżował wybuch wojny z Japonią.

    W praktyce Chiny w 1937 roku dysponowały zaledwie ośmioma regularnymi dywizjami piechoty, wyszkolonymi na wzór niemiecki. Pisałem o nich kiedyś - i większość z nich wymiotła bitwa o Szanghaj w 1937 roku. Ponadto, Chiny posiadały jedną dywizję pancerno-motorową - była to 200. Dywizja, posiadająca włoskie tankietki i niemieckie samochody pancerne oraz - później - sowieckie czołgi.

    Czym więc była reszta? Normalnie chińska dywizja piechoty miała siłę brygady i liczyła 4-5 tys. ludzi, przy czym uzbrojenia strzeleckiego starczyło dla połowy. Reszta miała się doposażać w trakcie walk, lub tworzyła korpusy samobójcze, uzbrojone w miecze (jak dadao na zdjęciu) i ładunki wybuchowe. Chińczycy mieli poważne braki w broni maszynowej i artylerii, nie wspominając o środkach transportu i czołgach. Co więcej, nawet dywizje ''niemieckie'' były słabsze od swoich japońskich odpowiedników, licząc 10 tys. ludzi i odpowiadając siłą dywizjom lekkim w innych państwach. Chińska dywizja składała się w teorii z dwóch brygad, a każda z trzech batalionów.

    Chińczycy dysponowali uzbrojeniem z całego świata - produkowane w kraju chińskie kopie karabinów Mausera, stare karabiny zakupione w Japonii, skupowali czeskie, szwajcarskie, austriackie, francuskie, polskie, fińskie i belgijskie konstrukcje, później używali także amerykańskich i brytyjskich oraz sowieckich. Zaopatrzenie w amunicję było koszmarem logistycznym.

    Żołnierze byli kiepsko szkoleni, bo brakowało zwyczajnie kadr - większość wyszkolonych oficerów, lub podoficerów albo zginęła w walce, albo przeszła na służbę do chińskiej armii, walczącej po stronie Japonii (armia Wanga Jingweia). W toku późniejszych działań w walce wręcz Chińczyków szkolili japońscy jeńcy, bo ci byli niezrównani w walkach na bagnety i starciach okopowych.

    Zatem, mimo iż Armia Narodowo-Rewolucyjna (jak nazywały się siły Kuomintangu i komunistów) miała 4,3 mln żołnierzy w 515 dywizjach, to ich siła była dużo mniejsza niż japońskich armii w Chinach. Co gorsza, pobór do chińskich dywizji wyglądał jak łapanka (''poborowych'' ciągnięto skutych łańcuchami przez wiele kilometrów, głodzono, bito, a nawet zabijano) i pochłonął wiele ofiar (mieszkańcy Chin wspominali, że bali się jednakowo Japończyków, jak i swoich żołnierzy, bo ci kradli, mordowali, palili i gwałcili równie okrutnie jak agresorzy).
    W wyniku ''poboru'' zginęło około trzech milionów Chińczyków. Podkreślmy to - trzech milionów.
    Co więcej, tworzone były jednostki karne, których żołnierze byli kierowani do rozminowania nieoznakowanych pól minowych, albo samobójczych szturmów.

    Japończycy zaś w dywizji mieli 20 tys. ludzi, dysponujących dużą brygadą piechoty, pułkiem artylerii i pułkiem kawalerii. Jednostki mogły być wsparte doraźnie batalionami pancernymi. W efekcie, Japończycy dysponując elastycznie dowodzonymi, niewielkimi siłami, potrafili rozbijać całe chińskie armie.

    Co więcej, Chiny praktycznie nie otrzymywały ani zagranicznych pożyczek od USA i Wlk. Brytanii, ani zaopatrzenia Lend-Lease. Chiny były zresztą długo lekceważone na arenie międzynarodowej, bo mocarstwom nie zależało na powstrzymaniu Japonii, dopóki nie zagrażała ona ich własnym interesom. Należy tu jednak podkreślić, że walka w Chinach angażowała ponad połowę sił japońskiej armii, a Japończycy - mimo wielkich zwycięstw i kolejnych podbojów - nie zdołali rozbić sił chińskich do końca wojny. W interesie Aliantów było wspieranie Chin.

    Widocznie tego nie zrozumieli...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Lunica (Lanula) - talizman słowianek, zawieszka ze srebra zdobiona 5 guzkami i granulacją datowana na IX wiek.
    Znaleziona w grodzisku Stare Miasto (Welehrad) na Morawach, na prawym brzegu rzeki Morawy. W jednym z najważniejszych (obok Mikulczyc i Pogańska) ośrodków państwa wielkomorawskiego, gdzie w 885 r. umarł słowiański patron św. Metody.

    Lunica to symbol kobiecej siły zaklętej w półksiężycu. Słowianki nosiły lunice na szyi jako symbol płodności, ochrony i szczęścia.
    Po łacinie jej nazwa to Lunula i znaczy "mały księżyc".

    Fotografia: Muzeum Początków Państwa Polskiego w Gnieźnie - wystawa Wielkie Morawy.

    #slowianie #wielkiemorawy #rodzimowierstwo #archeologia #talizman #artefaktnadzis #ciekawostkihistoryczne #religia #historiaslowian #wiara #qualitycontent #czechy #epokavilka #sztuka #historia #kobiety
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Kompania Leibstandarte w czarnych mundurach, Berlin, 1938 r. Zdjęcie i wpis NIE PROPAGUJĄ IDEOLOGII TOTALITARNYCH.

    Na pewno spotkaliście się chociaż raz z obrazkami z wyliczanką ochotników do Waffen-SS i krąglutkim zero przy Polakach. Oraz podpisem, że Polacy nie służyli w SS.
    Wyliczanka ta, jak większość pseudo-historycznych obrazków w internecie, oczywiście jest nieprawdą. Tak na marginesie, to z niewiadomych powodów w tego rodzaju zestawieniach pomija się jakoś Węgrów, którzy utworzyli dwie pełne dywizje SS - 25. i 26. Dywizje Grenadierów.

    Po pierwsze, poza tym, że są tam liczby z czapki, to nie jest prawdą, że Polacy jako jedyni nie mieli swoich jednostek Waffen-SS. Nie mieli ich także Szwajcarzy, Portugalczycy, Irlandczycy, Litwini i Grecy - to tak z ważniejszych. Istniały formacje kolaboracyjne z niektórych tych krajów (jak Litwa, czy Grecja, ale w Polsce także), niebędące jednak częścią SS.
    Podstawą takich wymysłów była książka Chrisa Bishopa ''Zagraniczne formacje'', w których przy Polakach umieścił on liczbę 0.

    Po drugie, nie jest też prawdą, że Polacy w ogóle w SS nie służyli. Zachowały się raporty z 1. Dywizji Pancernej generała Maczka, mówiące o jeńcach wziętych pod Falaise w sierpniu 1944 r. Stoi w nich jasno, że zarówno w LSSAH, jak i 12. DPanc. SS ''Hitlerjugend'' służy pewna liczba Polaków. Skąd się wzięli? W 1944 roku Waffen-SS i Wehrmacht po prostu walczyły o rekrutów i W-SS często... zwyczajnie kradła poborowych do Wehrmachtu, zabierając ich z punktu zbornego do koszar SS. Wśród nich niejednokrotnie zdarzali się wcieleni przymusowo Polacy. Być może byli polscy ochotnicy do SS, ale to kwestia wymagająca dalszego zbadania.

    Pomijam oczywiście tutaj kwestię tzw. Goralenvolku, bo nie jest zbyt istotna, a także tzw. Legionu Orła Białego, co do którego istnienia są poważne wątpliwości i w zasadzie brak jakichkolwiek dowodów.

    Zresztą, od zawsze jestem przeciwnikiem potępiania kogokolwiek tylko za to, jaki mundur nosił. Potępia się zbrodnie wojenne i inne niegodne czyny, a nie to, że ktoś na mundurze miał jakieś symbole. Zwłaszcza, że spośród 38 dywizji W-SS zbrodnie popełniła mniej, niż połowa (mogę tę kwestię opisać w przyszłości, jeśli będzie życzenie). Przykładowo, estońscy esesmani walczyli o niepodległość swoich krajów, a w 1950 roku nawet USA uznały, że członkowie tych formacji nie byli wrodzy wobec Stanów. Bywało nawet tak, że byli estońscy esesmani... w Norymberdze pilnowali w amerykańskich mundurach zbrodniarzy niemieckich.

    Wielonarodowość tej organizacji jednocześnie udowadnia, że Niemcy nie mieli problemu z przyjmowaniem tzw. ''podludzi'' w szeregi swoich elitarnych formacji. Istniała bowiem zarówno białoruska (30.), jak i ukraińska (14.) dywizje SS, byli także Hindusi (Legion Hinduski), Bośniacy (13.), Serbowie (24.), Albańczycy (23.), Rosjanie (RONA), czy Azerowie (Wschodnioturecki Związek Bojowy SS).

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: Prosta kwestia. Jest zdanie:

      Po pierwsze, poza tym, że są tam liczby z czapki, to nie jest prawdą, że Polacy jako jedyni nie mieli swoich jednostek Waffen-SS.
      Skąd wziąłeś tę tezę? Na obrazku jest mowa o braku Polaków w SS i o braku kolaboracji. Nie ma na obrazku mowy, że w żadnym innym państwie nikt nie utworzył jednostki SS. Jest konkretnie zdanie: "Polska jest jedynym państwem, które nie kolaborowało ani z sowieckim ani z niemieckim zaborcą.". Rozciąganie tego na "Polska jest jedynym europejskim państwem, którego obywatele nie współpracowali z III Rzeszą i ZSRR." jest nadinterpretacją, bo chociażby z definicji nie można kolaborować z państwem, które nie jest okupantem. I mówienie, że nie, chodziło o wszystkie państwa, bo podano też przykład Finlandii znowu jest jak dla mnie nadinterpretacją, dużo sensowniejsze jest uznanie, że Finlandia to tutaj przykład państwa, które nie było okupowane, a mimo to współpracowało. Ale to dalej nie znaczy, że obrazek sugeruje, że oprócz Polaków obywatele żadnego innego europejskiego państwa nie współpracowali z III Rzeszą, czy ZSRR. Jaśniej nie potrafię. IMHO do obrazku, który już jest uproszczeniem i nieprawdą dopisujesz rzeczy, których tam nie ma i z nimi również walczysz, co nie ma najmniejszego sensu. pokaż całość

    •  

      @IIWSwKolorze1939-45: On chyba jest Portugalofobem ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      +: drect
    • więcej komentarzy (34)

  •  

    Dzisiaj wracamy w dawne czasy aby porozmawiać o losie chłopa w dawnej Polsce.

    Jednym z najbardziej przekoloryzowanych (a właściwie to malowanym w ciemnych barwach) obrazów w popularnej historii jest obraz wielowiekowej niewoli chłopskiej – w naszym kraju bardzo żywy. Jest on tak wbity w głowy Polaków, że do okresu funkcjonowania tu gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej bardzo często używamy wielu odniesień nawet w naszych codziennych rozmowach (pracujesz jak chłop pańszczyźniany, ktoś robi sobie z pracy prywatny folwark, szlachta nie pracuje itp.) Skąd w ogóle się ten obraz wziął, ile ma wspólnego z prawdą i dlaczego mamy do czynienia z jego eksplozją właśnie w Polsce?

    Link do znaleziska - Czy chłopi byli niewolnikami? Czyli jaki był los chłopów w dawnej Polsce

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach**. Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem**. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #zwyczaje #swiat #liganauki #zainteresowania #obyczaje #polska #armia #litwa #tradycja #wies #niewolnictwo #praca #kultura
    pokaż całość

    •  

      @sropo: No zajebista to była wolność, mogli się wyprowadzić, poszukać nowego Pana gdy obecny im nie odpowiadał - normalnie wolny rynek. Oh wait, tylko nie mogli bez zgody swojego Pana opuścić wiochy i przenieść się do innej wiochy xD Ze związkami małżeńskimi ten sam problem. Plus uprawiali ziemię, która nawet nie należała do nich, jak myślisz skąd zawsze w postulatach w czasie powstań na czoło wysuwał się ten o "uwłaszczeniu" chłopów? ( ͡° ͜ʖ ͡°)

      Poczytajcie coś sobie o tym jaka kara była przewidziana gdy chłop uderzył Pana, a wielki Pan chłopa ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      Jednym słowem no zajebista to była wolność, ktoś chętny się oddać pod "opiekę" Pana? xD
      Jakiś Janusz z folwarkiem na pewno się zgodzi - bo chyba nie jesteście tak naiwni, że powinności chłopa wobec Pana kończyły się na tym, że on sobie tylko uprawiał ziemię, Pan miał od tego % i na tym się kończyło? ( ͡° ͜ʖ ͡°)
      pokaż całość

    •  

      @sropo usuń mnie proszę z listy

    • więcej komentarzy (43)

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Japońskie czołgi Typ 89 z japońskiego 1. batalionu pancernego podczas bitwy pod Xuzhou, kwiecień 1938 r.

    Po zwycięstwie w Nankinie w grudniu 1937 r. Japończycy skierowali się na południe. Chińska sytuacja była raczej dramatyczna - większość bardziej wartościowych jednostek została wymieciona podczas bitwy o Szanghaj. W tej sytuacji, gubernator prowincji Szantung, Han Fuju, wolał się cofać i zachować swoje oddziały, aniżeli pozwolić się zniszczyć Japończykom. Jednak po upadku Quingdao, Czang Kaj-Szek nakazał go aresztować i rozstrzelać za niesubordynację.

    Japończycy nieubłaganie parli naprzód. Japońska Armia Północnych Chin, wsparta przez Armię Ekspedycyjną Chin Centralnych, dowodzonych przez świetnych generałów Isogaia Rensuke i Seishiro Itagakiego, dosłownie rozcięła chińską obronę na Rzece Żółtej. Chińczycy, siłami aż 64 dywizji rozmieścili się wokół Xuzhou. Generał Itagaki ruszył na południe, nie okrążając miasta. Dotarł do Taierzhuang, gdzie został pokonany przez gen. Li Zongrena.

    Ostatecznie, Japończycy w rejonie Xuzhou dysponowali siedmioma dywizjami i dwiema brygadami piechoty oraz dwoma batalionami pancernymi. Część sił miała odciąć chiński odwrót na zachód. Chińczycy wyprowadzili jednak kontratak pod Lanfeng 21 maja 1938 r. siłami swojej najlepszej jednostki - 200. Dywizji Piechoty, jedynej zmechanizowanej dywizji w armii chińskiej (dysponowała ona sowieckimi czołgami, włoskimi tankietkami i niemieckimi samochodami pancernymi). Jednak japońska 14. Dywizja nie dała się zaskoczyć i odrzuciła chiński kontratak (bardzo źle skoordynowany i dowodzony) huraganowym ogniem artylerii. 200. DP musiała się wycofać, a samą próbę kontrataku Czang Kaj-Szek skomentował jako ''zapas śmiechu na wieki''.

    Japońskie postępy były jednak na tyle groźne (17 maja zaczęli ostrzeliwać miasto i wykonali desant na południe, niemal zamykając pierścień), że Czang nakazał wycofanie się. Żeby spowolnić nacierające armie japońskie i zyskać czas, przygotowując obronę Wuhan zdecydowano się wysadzić tamy na Rzece Żółtej. Udało się to, jednak ceną były zniszczone setki tysięcy domów i około 800 tysięcy zabitych przez powódź. 3 miliony ludzi opuściło swój rejon zamieszkania, a milion pozostał bez dachu nad głową. To tak w temacie strat w Chinach...

    Japończycy w walce bezpośredniej zwyczajnie zmietli chińską obronę, jednak mieli za mało sił, żeby zamknąć pierścień okrążenia, co pozwoliło się wymknąć części wojsk chińskich, część przeszła do działań partyzanckich. Ci, którzy się wymknęli, stawili opór pod Wuhan. Straty były jednak znowu na korzyść Japonii: 100 tys. Chińczyków i 30 tys. Japończyków.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Kaptorga - Słowiański pojemnik na amulety znaleziony na cmentarzysku w Dziekanowicach, niedaleko Gniezna na wschodnim brzegu jeziora Lednica. Nekropolia znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Ostrowa Lednickiego — jednego z najważniejszych ośrodków grodowych Piastów. Początek cmentarzyska możemy określić na okres od VII, a koniec na XII wiek.

    #slowianie #piastowie #artefaktnadzis #amulety #rodzimowierstwo #polska #wielkopolska #archeologia #historiapolski #historia #religia #wiara #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu #wielkalechia #epokavilka #ciekawostkihistoryczne pokaż całość

  •  

    500553 - tyle wersów liczy "Manas", kirgiski epos narodowy, jeden z najobszerniejszych poematów na świecie. Dla porównania: "Pan Tadeusz" składa się z zaledwie 9721 wersów.

    Istnieją ludzie, którzy znają jego treść... na pamięć ( ಠಠ) To tak zwani _manasczy - zawodowi opowiadacze, przez wieki będący jedynym źródłem przekazywania treści poematu. W 1995 Kirgistan świętował tysiąclecie powstania "Manasa", podczas gdy pierwsza spisana wersja eposu powstała dopiero pod koniec XVIII wieku.

    "Manasowi" poświęcona jest osobna dyscyplina naukowa, zwana "manasoznawstwem". O znaczeniu eposu i jego opowiadaczy dla kultury kirgiskiej świadczy też fakt, że jeden z najsłynniejszych manasczy, Sajakbaj Karałajew, znalazł się na pięćsetsomowym banknocie. Oraz na zdjęciu obok ;)

    Ten wyblakły portret Karajałewa widnieje na murze opuszczonego ośrodka rozwoju myśli i świadomości narodowej. To w ogóle bardzo ciekawe miejsce - marzenie miejscowego oligarchy, które miało wydać na świat laureatów nagrody Nobla. Zdjęcia stamtąd i cała historia do przeczytania tutaj :)

    #podrozefilipa -> mój tag

    #podroze #ciekawostki #swiat #opuszczone #urbex #literatura #ksiazki #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne
    pokaż całość

    źródło: 2628j.jpg

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    ''With Molotov cocktail in hands
    No fear of their tanks!''

    Finowie prezentują swoją broń przeciwpancerną - wiązki granatów i butelki zapalające.

    Sowieci miażdżyli Finów czołgami - mieli przewagę 50:1. Finowie jednak, niewzruszeni tą potęgą, sięgnęli po sprawdzony sposób zwalczania czołgów - butelki z benzyną. Pierwszy raz użyli ich marokańscy Regulares w wojnie domowej w Hiszpanii, miotali nimi polscy obrońcy Grodna i Wilna, ale to w rękach Finów stały się sławne na cały świat.

    Finowie stwierdzili, że butelki zapalające należy ulepszyć - szmatka wetknięta w szyjkę ma tendencję do gaśnięcia, lub, co gorsza, oblewania płonącą mieszanką rzucającego. Dlatego butelki były zaczopowane, a po bokach przymocowywano dwie długie sztormowe zapałki z draską. Żołnierz najpierw zapalał zapałkę, która paliła się przez 30 sekund, a dopiero potem rzucał. Butelki zapalające rzucano z tyłu czołgu, na pokrywę silnika. Przy odrobinie szczęścia wlot powietrza mógł zassać do silnika płonącą ciecz i spowodować eksplozję paliwa. Z reguły do unieszkodliwienia jednego sowieckiego czołgu potrzebne były tylko dwie butelki zapalające.

    Fińskie butelki były zresztą produkowane na bazie benzyny i smoły lub nafty, alkoholu i smoły. Zdarzały się wersje z wewnętrzną ampułką z kwasem siarkowym, które zapalały się przy rozbiciu. Główną fabryką, która je tworzyła była... gorzelnia Rajamäki, należącą do państwowej wytwórni alkoholów Alko. Co ciekawe, początkowo butelki posiadały nakrętki z napisem ''Alko-Rajamäki''. Na sowiecką reakcję nie trzeba było długo czekać, bo wywiad szybko zlokalizował obiekt i gorzelnia była wielokrotnie bombardowana. Mimo to, Rajamäki wyprodukowała ponad 540 tys. butelek zapalających.

    Butelki zapalające zresztą niedługo później przybrały swoją słynną nazwę, pod którą znane są po dziś dzień. Wiaczesław Mołotow, minister spraw zagranicznych ZSRR chełpił się przed Stalinem, że uczci jego urodziny (18 grudnia) koktajlem w zdobytych Helsinkach. Ale ponieważ coś tak jakby nie wyszło, to Finowie stworzyli swoje ''koktajle'' i zaczęli częstować nimi Sowietów. Z przerażającą skutecznością.

    Obok koktajlu jest widoczny klockowaty Käsigranaatit - granat przeciwpancerny, oparty luźno o niemieckie Geballteladung z I WŚ. Głowica była wypełniona trotylem, lub amatolem. Były wersje polowe, jak i produkowane w fabrykach o masie 2, 3 i 4 kg.

    Finowie zresztą w walce z czołgami wykazywali się olbrzymią pomysłowością: między koła jezdne wsuwali grube belki, by unieruchomić pojazd, a potem wspinali się na czołg i wrzucali granaty do środka. Podczas bitwy pod Summa w grudniu 1939 r. szeregowiec Einar Schadewitz wskoczył na sowiecki czołg i próbował otworzyć właz swoim nożem puukko. Kiedy spostrzegł, że to raczej nie działa, zapukał grzecznie granatem we właz i zaczął krzyczeć. Kiedy Sowieci wreszcie otworzyli, poczęstował ich granatem. Później koledzy go pytali, co krzyczał.

    Odpowiedział: ''Otwieraj Iwan, śmierć do ciebie puka''.

    #talvisota

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Sława i historia Lechii - Janusz Bieszk na temat swoich książek.

    Nowo odkryta wielka słowiańska nekropolia widoczna na geoportalu, a w niej ogromna ilość kurhanów pomiędzy miastem Sława a Nową Solą w województwie lubuskim.

    Nadszedł zmierzch wyłączności na wiedzę pseudo zawodowców. Od teraz pasjonaci amatorzy zgłębiają wiedzę nie tylko historyczną ale i archeologiczną. I mają w tym ogromne sukcesy.

    #historia #historiaslowian #historiapolski #polska #ciekawostki #ciekawostkihistoryczne #archeologia #ksiazki #nauka #swiatnauki #qualitycontent #gruparatowaniapoziomu #epokavilka #wielkalechia #lubuskie #slawa #nowasol #odkrycia #kurhany #slowianie
    pokaż całość

    źródło: youtube.com

    •  

      @binuska: Monety pochodzą z IV w i są Greckie, a nie Scytyjskie -.- '

      Po za tym co za urojenie turbosłowiańskie, aby Scytów nazywać Szczytami?
      Scytowie to nazwa pochodząc z formy zlatynizowanej, a współcześnie spolonizowana. Poprawniej byłoby ich nazywać Skytami.
      Greka: Skytoi, Skýthai
      łacina: Scithae/Scythae,
      starosłowiańskie Скѵѳы/Skiþy (Scytowie przetrwali do średniowiecza na Krymie i Wschodniopołudniowej dzisiejszej Ukrainie. Ich potomkowie są dziś Słowianami, głównie Ukraińcami i Rosjanami.),
      współczesne rosyjskie Скифы/Skify,
      staroperski Škūča
      według Herodota sami siebie nazywali Skolotami (Σκολοτοι),
      a Persowie według tego samego autora nazywali ich Sakami (Σάκαι).

      Więc jakim cudem do cholery nazywasz ich Szczytami? Mażesz to wyjaśnić, czy zignorujesz fakty, bo nie pasują one do twojej wizji świata? Historia naszych przodków jest fascynująca, chociaż nadal dopiero ja poznajemy. Niestety turbosłowiańskimi bredniami, przypinacie pewnym faktom łątkę wymysłów schizofreników.
      pokaż całość

  •  

    Złota maska Agamemnona to maska pogrzebowa odkryta w starożytnym greckim mieście Mykeny. Maska, wystawiona jest w Narodowym Muzeum Archeologicznym w Atenach, została nazwana jako "Mona Lisa prehistorii". Maska datowana jest na 1550–1500 wiek p.n.e.

    #ciekawostkihistoryczne #archeologia #historia #artefaktnadzis #historia #macedonia #grecja #slowianie #qualitycontent #starozytnosc #epokavilka #zloto #swiatnauki #nauka #ciekawostki pokaż całość

  •  

    KAMPANIA CEZARA W HISZPANII DALSZEJ

    Juliusz Cezar przeszedł do historii jako zdobywca Galii oraz twórca nowego ustroju, który znalazł naśladowców w różnych epokach. Mało znane szerszemu ogółowi czytelników są jego działania militarne na wcześniejszych etapach kariery tzn. w okresie sprawowania urzędu propretora w Hiszpanii, gdzie przyszły zwycięzca Galów po raz pierwszy dowodził większym zgrupowaniem wojsk.

    (więcej w nowym artykule)

    http://qichouchou.com/link/4791493/kampania-cezara-w-hiszpanii-dalszej/

    #archeologia #imperiumromanum #historia #liganauki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #rzym #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: 1.png

  •  

    KAMPANIA CEZARA W HISZPANII DALSZEJ

    Juliusz Cezar przeszedł do historii jako zdobywca Galii oraz twórca nowego ustroju, który znalazł naśladowców w różnych epokach. Mało znane szerszemu ogółowi czytelników są jego działania militarne na wcześniejszych etapach kariery tzn. w okresie sprawowania urzędu propretora w Hiszpanii, gdzie przyszły zwycięzca Galów po raz pierwszy dowodził większym zgrupowaniem wojsk.

    (więcej w nowym artykule)

    http://qichouchou.com/link/4791493/kampania-cezara-w-hiszpanii-dalszej/

    #archeologia #imperiumromanum #historia #liganauki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #rzym #qualitycontent
    pokaż całość

    źródło: 1.png

  •  

    Słowiańska zawieszka krzyżowata znaleziona na cmentarzysku w Dziekanowicach, niedaleko Gniezna na wschodnim brzegu jeziora Lednica. Nekropola znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie Ostrowa Lednickiego — jednego z najważniejszych ośrodków grodowych Piastów. Taki sam ariański krzyż solarny znajduje się na denarze piasta, króla Bolesława Chrobrego. Początek cmentarzyska możemy określić na okres od VII, a koniec na XII wiek.

    #slowianie #polska #slowianskapolska #historia #historiapolski #archeologia #artefaktnadzis #arianizm #rodzimowierstwo #ciekawostkihistoryczne #epokavilka #wielkalechia #wielkopolska #religia #wiara #bizuteria #qualitycontent #piastowie
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Taka jest właśnie wojna. Zabity włoski żołnierz przy ciężarówce Fiat, łuk Donu, styczeń 1943 r. Dzisiaj będzie dłużej.

    Niemcy, jak wszystkie potęgi II WŚ, winą za swoje niepowodzenia obarczali swoich sojuszników. Nie inaczej było pod Stalingradem, gdzie niemieccy dowódcy, a wraz z nimi propaganda i różni historycy winę zwalili na Włochów, Węgrów i Rumunów. Że to przez nich, przez ich ''tchórzostwo'' doszło do klęski.

    Szkoda tylko, że owi historycy ''zapominają'' wspomnieć, że włoska 8. Armia (będąca w centrum) była rozciągnięta na 270 kilometrów. Znacznie to przekraczało schematy organizacyjne. Wojskom koalicji antysowieckiej brakowało dramatycznie środków przeciwpancernych, czołgów (Włosi mieli tylko 50 lekkich czołgów L6, całkowicie niegroźnych dla T-34) i wsparcia lotniczego. Już nie wspominając o środkach transportu i łączności, chociaż dowódca rumuńskiej 3. Armii, gen. Dumitrescu już w listopadzie sygnalizował, że Rumuni nie zdołają obronić pozycji, jeśli Niemcy nie wyślą wsparcia czołgów.
    Włoskie siły to II. Korpus (dywizje ''Sforzesca'', ''Ravenna'' i ''Cosseria''), Korpus Alpejski (dywizje ''Julia'', ''Tridentina'' i ''Cuneense''), XXXV. Korpus (dywizje CSIR: ''Pasubio'', ''Torino'' i ''Celere'') oraz rezerwowa dywizja ''Vicenza''. Jednostki wspierał batalion narciarski ''Monte Cervino'', 63. Legion Czarnych Koszul, 6. pułk bersalierów i 120. pułk artylerii.

    Wydawałoby się, że Włosi walczyli krótko - bo ''tylko'' trzy dni. Jednak Sowieci do ataku ruszają już 11 grudnia 1942 r. Na samym odcinku dywizji ''Ravenna'' i ''Cosseria'' naciera przez pięć dni 28 sowieckich batalionów. Sowieci stratami się nie przejmowali - mieli 115 batalionów, a w rezerwie cztery korpusy pancerne. Razem - 450 tys. ludzi i 1200 czołgów. A wszystkim dowodził jeden z najzdolniejszych sowieckich generałów - Nikołaj Watutin.
    Mimo, że Włosi mieli ogromne niedobory amunicji i broni maszynowej, dzielnie odpierali ataki przeciwnika, wycinając setkami atakujących. Ciał na przedpolach Włochów urosło tyle, że żołnierze musieli w trakcie walk je usuwać, żeby móc dalej się bronić.

    Jednak największa nawet odwaga i hart ducha nie mogą pomóc, kiedy przeciwnik ma miażdżącą przewagę liczebną...

    Kiedy 16 grudnia rozpoczęła się operacja ''Mały Saturn'', wymęczonych dotychczasowymi bojami Rumunów dosłownie rozjechała. Włosi stawiali bohaterski opór przez trzy dni. W marznącej mżawce Sowieci gubią się i wpadają na pola minowe. Od ognia dział, ładunków wybuchowych i granatów, a nawet ataków z butelkami z benzyną Sowieci tracą setki czołgów. W końcu linie obronne zaczęły pękać na odcinku ''Ravenny'', a potem ''Cosserii''. Do ataku ze śpiewem na ustach ruszyły Czarne Koszule, ale niewiele to pomogło. 63. Legion został niemal całkowicie zniszczony w odważnych kontratakach (jednostka otrzymała Złoty Medal Waleczności). Sowieci przebili się przez włoskie linie (w tym zaciekle walczącej ''Julii'', za co wymieniono dywizję w Wehrmachtbericht) i dotarli do Kantemirowki, na dalekich tyłach, gdzie zaskoczyli sztab ''Ravenny'', wywołując panikę. W efekcie cała 8. Armia musiała się wycofać. Niemcy odmawiali udzielenia pomocy sojusznikom i kradli włoskie środki transportu. Pomocy kolegom na ziemi niezmordowanie udzielali włoscy piloci, ostrzeliwując sowieckie oddziały i zrzucając zaopatrzenie. Ducha włoskich żołnierzy oddaje postawa syna dowódcy armii. Podczas odwrotu gen. Italo Gariboldi wysłał samolot po swojego syna, Mario. Ten, na usilne nalegania pilota, odpowiedział, że nie opuści swoich żołnierzy. Najżałośniej wypadli Niemcy, konkretnie esesmani z 14. SS-Polizei-Regiment i grupy ''Fegelein'', których obronę Sowieci zmiażdżyli już pierwszego dnia, zmuszając esesowców do panicznej ucieczki.
    Włosi cofają się w dwóch grupach - północnej i południowej, tocząc zaciekłe boje pod Arbuzowką i Krasnojarskiem. W połowie stycznia 1943 r., gdy Sowieci szturmują już linie Korpusu Alpejskiego, wymęczona włoska armia przebija się do Charkowa, utraciwszy około 60-70 tysięcy ludzi. Sowieci w operacji ''Mały Saturn'' stracili ok. 100 tysięcy ludzi i 900 czołgów.

    Niemieccy oficerowie łącznikowi jednak wystawili Włochom taką opinię: ''Twierdzenie, wyrażane przez niektórych, według którego Włosi zwyczajnie uciekli, nie tyle jest przesadą, co zwyczajnie jest nieprawdą.''
    Ciekawe świadectwo Włochom wystawił też sam Nikita Chruszczow: "Walczyłem przeciwko Włochom w rejonie Doniecka, gdzie miałem na przeciwko sobie Czarne Koszule, których uważałem za najbardziej walecznych wśród nich. Walczyli bardzo dobrze i myślałem, że dzieje się tak z powodu niechęci do nas. Jednak po przesłuchaniu wielu jeńców, stwierdziłem, że nie żywią wobec nas nienawiści."

    Ot, znowu... ''tchórzliwi makaroniarze''...

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Hełm Kijewskich Warjag z Lipowca na Ukrainie.

    Jeden z najbardziej znanych maskowych hełmów górno kijowych rusów, datowany na 1150 - 1250 rok.

    Współczesna rekonstrukcja:

    #slowianie #warjagi #wikingowie #vikings #kijow #ruskijowska #ukraina #bialorus #rosja #militaria #archeologia #artefaktnadzis #qualitycontent #historia #epokavilka #wielkalechia pokaż całość

    +: mer_osiedla, krzyzowiec183 +8 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Brytyjskie Shermany z 46. pułku pancernego posuwają się drogą w kierunku Campoleone, towarzyszy im piechota z pułku Irish Guards. Anzio, 25 stycznia 1944 r.

    Wracamy do tematu Anzio. Tutaj pytanie - nie mam niestety kolorowych zdjęć z działań lotniczych, a te są dość ciekawe. Będę się musiał posiłkować grafikami, albo czarno-białymi zdjęciami. Może być?

    Zachowanie gen. Lucasa, dowódcy VI. Korpusu było niezrozumiałe. Zamiast iść i rozbić słabą niemiecką obronę, ten umacniał przyczółek niczym fortecę. Budował okopy, zakładał miny. Stracił niepowtarzalną szansę. Na jego lekkie usprawiedliwienie można powiedzieć tylko, że trochę spowolnił go gen. Clark, mówiąc: ''Nie wychylaj się, Johnny''.

    Dopiero 25 stycznia 1944 roku podjęto jakiekolwiek działania. Niejako Lucasa zmusiło do tego przeludnienie niewielkiego przyczółka - nagromadzenie ludzi i sprzętu zaczynało po prostu wypychać jednostki naprzód. Do ataku ruszyła brytyjska 24. brygada z 56. Dywizji Piechoty.

    Celem był niewielki zespół budynków z czymś, co wyglądało, jak komin, dlatego obiekt zaczęto przezywać ''fabryką''. Była to jednak Aprilia, wioska-osiedle, budowana za rządów Mussoliniego. Osiedla posiadały własne kina, kościoły, ratusze, sklepy, ośrodki zdrowia, garaże i nieodzowną siedzibę komitetu partii faszystowskiej.

    Jednak Niemcy nie byli już słabi - naprzeciwko Brytyjczyków stanęła niemiecka 3. Dywizja Grenadierów Pancernych. Mimo, że w początkowym starciu Brytyjczycy dobrze sobie radzili (wzięli 110 jeńców), to Niemcy zdołali się wycofać, a pod osłoną nocy obsadzili zabudowania wokół Aprilii. Rankiem przeszli do kontrnatarcia.

    Z samego rana grupy Niemców szturmowały zabudowania. Pojawiły się działa szturmowe, a nawet Tigery. Te ostatnie zaczęły po prostu burzyć osiedle ogniem swoich 88-milimetrowych dział. Brytyjskie Cromwelle były przeważnie bezradne. Dopiero, gdy jeden z niemieckich czołgów stracił gąsienicę i, mimo, że nadal prowadził ogień, został dobity strzałem z Piata, to pozostałe wycofały się. W ich miejsce przybyła silna niemiecka artyleria, obracając w gruzy Aprilię i sąsiednie Carroceto.

    Wcale nie lepiej było w sektorze amerykańskim - tam 3. Dywizja Piechoty, mimo wspacia 504. pułkiem spadochronowym i huraganowego ognia artylerii okrętowej z krążownika ''Brooklyn'' zwyczajnie zaległa przed swoim celem - miasteczkiem Cisterna. Tam z kolei zażarty opór stawiała dywizja pancerno-spadochronowa ''Hermann Goering''.

    Ciężkie walki trwały dwa dni i w zasadzie nie przyniosły rozstrzygnięcia. Te niepowodzenia martwiły w zasadzie wszystkich alianckich dowódców - oznaczały, że sytuacja się zmieniła. Po tygodniu Niemcy mieli pod Anzio więcej ludzi, niż Alianci. Jednak Lucas nadal zwlekał. Winston Churchill później napisał rozgoryczony: ''Myślałem, że wypuściliśmy rozżartego rysia, a tym okazał się nieruchawy wieloryb, wyrzucony na plażę''.

    Duże natarcie zaplanowano na noc z 29 na 30 stycznia. I to miało okazać się znamienne.

    #shingle #anzio

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Rozalia otwiera swoje oczy.

    Rosaria Lombardo - 100 letnia mumia dziewczynki spoczywa w wielkich katakumbach powstałych za panowania Bizantyjskich Warjag - Normanów na północnej Sycylii.

    #ciekawostki #sycylia #warjagi #mumie #fotohistoria #qualitycontent #epokavilka #katakumby #religia #wiara #slowianie #ligamozgow #gruparatowaniapoziomu #chram #normanowie #wielkalechia #palermo pokaż całość

  •  

    Hełm należący do warjagi Jarosława II Wsiewołodowicza wielkiego kniazia kijowskiego.

    Datowany na drugą połowę XII wieku hełm został znaleziony w miejscowości Jurjew Polski.

    Dzwon hełmu jest ozdobiony listkami srebra, płaskorzeźbami, ornamentami wyrytymi i wytrawionymi. Wokół dolnej krawędzi hełmu biegnie pasek z rzeźbionymi gryfami, ptakami, śnieżnymi panterami oddzielonymi liliami. Przedstawione są postacie: Christ, św. Wasyl, św. Georgi pobiedonosiec, św. Teodor i archanioł Michał.

    Hełm zaliczony przez Kirpicznikowa do typu IV - hełmów charakteryzujących się kopulastym kształtem, lekko zaostrzonym dzwonem, osłoną oczu zbliżoną do półmaski (ew. okularów), wydatnym nosalem i czepcem kolczatym zakrywającym kark, szyję, a także przednią część twarzy.

    #slowianie #historia #ciekawostkihistoryczne #warjagi #wikingowie #vikings #ruskijowska #historiaslowian #artefaktnadzis #archeologia #ukraina #bialorus #rosja #epokavilka #qualitycontent #wielkalechia #rurykowicze #prawoslawie
    pokaż całość

  •  

    Moneta z okresu Imperium Wielkomorawskiego.

    Opisany słowiańską bukwicą srebrny małarusion (miliaresion), który zawiera również jedną literkę głagolicową "+" - "AR".

    Treść z monety:
    - wokół " IHSUS CHRYSTUS NYSA"
    - środek "ARIO ARJAN"

    #slowianie #wielkiemorawy #bukwica #glagolica #religia #prawoslawie #slask #nysa #ciekawostki #artefaktnadzis #archeologia #numizmatyka #monety #historia #historiaslaska #wiara #starszezwoje #qualitycontent #epokavilka #arianizm #liganauki #silesiorum #chrystus #starowiercy #slavorum pokaż całość

  •  

    Odkryta prawoslawna polichromia pod nalozonym tynkiem w bazylice kolegiackiej w Wiślicy. Wiślica, istnieje co najmniej od IX wieku. Według legendy, nazwa osady pochodzi od imienia jej założyciela, księcia Wiślan Wiślimira, który wraz ze swoim otoczeniem miał przyjąć nauki od slowianskich apostolow w 880 roku. Wspomina o tym tzw. legenda panońska, czyli „Żywot św. Metodego”.
    #slowianie #religia #prawoslawie #sztuka #fotohistoria #polska #swietokrzyskie #historia #wielkiemorawy #epokavilka #ciekawostkihistoryczne #qualitycontent #wiara #bekazkatoli #slowianskapolska #wislanie pokaż całość

  •  

    KONKURS: KRWAWY LAS

    Do wygrania 5 egzemplarzy książki Krwawy las. Powieść jest debiutem wojennego weterana i toczy się w 9 roku n.e., kiedy to Rzymianie ponieśli straszliwą klęskę w lesie Teutoburskim. Książka jest nagrodą w konkursie, którego organizatorem jest IMPERIUM ROMANUM. Co trzeba zrobić, aby móc się cieszyć z nagrody?

    Aby wziąć udział w konkursie, należy w terminie do 21 lutego 2019 r.:

    + napisać ciekawostkę dotyczącą świata antycznych Rzymian. Pięć najciekawszych tekstów zostanie nagrodzonych książkami, a ich prace zostaną opublikowane na stronie IMPERIUM ROMANUM.

    Teksty, wraz z imieniem, nazwiskiem i adresem zamieszkania uczestnika (przesłane dane zostaną wykorzystane jedynie w wypadku wygranej w konkursie – przekażę je wtedy sponsorowi, by mógł przesłać nagrody, a same imiona i nazwiska zwycięzców opublikuję), należy wysłać zgłoszenie na adres: konkurs@imperiumromanum.edu.pl, umieszczając w tytule maila: „Krwawy las”.

    Wśród uczestników, którzy nadeślą najciekawsze prace, wybrane zostaną zgodnie z regulaminem

    + 5 egzemplarzy książki "Krwawy las", autorstwa Gerainta Jonesa

    Fundatorem nagród jest Wydawnictwo REBIS -> http://www.rebis.com.pl/

    http://www.imperiumromanum.edu.pl/konkurs/krwawy-las/

    #konkurs #ksiazki #imperiumromanum #historia #liganauki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #rzym #qualitycontent
    pokaż całość

  •  

    Tym razem wędrujemy na daleką Syberię aby dowiedzieć się jak wyglądało powstanie naszych rodaków!

    Zima przełomu lat 1865/1866 była wyjątkowo mroźna i sroga. Pośród nieprzeniknionych syberyjskich przestrzeni i śniegów maszerowały grupki zesłańców - powstańców styczniowych, eskortowanych przez niewielkie oddziały wartownicze. Celem marszu był rejon granicy rosyjsko-chińskiej, gdzie skazańcy, odbywający karę katorgi mieli spędzić najbliższe lata. Nastroje wśród wygnańców były różnorakie – część z nich popadała w marazm i godziła się z sytuacją, u innych w dalszym ciągu dominowała chęć kontynuowania walki, nawet na dalekiej Syberii, bez broni, jedzenia i znajomości terenu. „Lepsza nam kula niźli takie życie!” – brzmiało motto tych, którzy zdecydowali się walczyć w ostatnim romantycznym, XIX-wiecznym polskim powstaniu.

    Link do znaleziska - Powstanie zabajkalskie, czyli polskie powstanie na krańcu świata

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach**. Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem**. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #zwyczaje #syberia #swiat #liganauki #zainteresowania #obyczaje #wojsko #militaria #polska #armia #litwa #tradycja #rosja #zima #bitwyswiat
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Murzyński kapral podczas układania kanistrów z benzyną.

    Alianci pod koniec sierpnia 1944 roku stanęli przed dużym problemem - większość portów była w rękach niemieckich, którzy zamienili je w twierdze, zaś zaopatrzenie na front transportowano z plaż i jedynego, zrujnowanego portu w Cherbourgu. Do pewnego momentu zaopatrzenie transportowano wprost z plaż, jednak błyskawiczny odwrót Niemców znacznie wydłużył linie zaopatrzeniowe i jednostki na froncie stanęły w obliczu braku żywności, mundurów, a przede wszystkim paliwa, amunicji i części zamiennych, wobec czego kontynuowanie ofensywy było niemożliwe. Zaś na plażach leżały odłogiem całe zbiorniki materiałów pędnych i góry skrzyń z amunicją i jedzeniem. Planowano położenie rurociągu, transportującego benzynę, ale nie było na to czasu - front potrzebował zaopatrzenia ''na już''. Zniszczenia sieci kolejowej tuż przed inwazją zmusiły Aliantów do jedynego wyjścia - kołowego transportu.

    Z jednostek pozabierano maksymalne ilości ciężarówek, jeden brytyjski korpus zajmował się wyłącznie transportem, zaś do służby skierowano tysiące ludzi, którzy musieli dostarczyć dziennie 20 tysięcy ton zaopatrzenia dla walczących wojsk. Jedna dywizja podczas działań ofensywnych ''konsumowała'' dziennie minimum 600 ton zaopatrzenia - paliwa, amunicji, żywności, środków medycznych.

    Po drogach poruszało się blisko 6 tysięcy ciężarówek, niezmordowanie jeżdżących w obie strony, przewożąc 12,5 tys. ton zaopatrzenia. Konwoje liczyły maksymalnie pięć ciężarówek, ze względu na niebezpieczeństwo ataków Luftwaffe, był eskortowane przez Jeepy, zaś na drogach rozmieszczono spore ilości żandarmerii (w tym specjalnie powołany do tego celu 793. batalion żandarmerii) i tyłowych jednostek, pilnujące szlaku. Do poruszania się wytyczono tylko dwie drogi jednokierunkowe - północną pojazdy jechały z Cherbourga do bazy w Chartres z zaopatrzeniem, a południową wracały puste po następne towary. Tak przeprowadzono operację ''Red Ball Express'' - nazwa nawiązywała do XIX-wiecznej lokomotywy, a nadzorował ją płk Loren Albert Ayers, zwany ''Małym Pattonem'' ze względu na energiczność i zdecydowanie w działaniu. 75 % żołnierzy, biorących udział w operacji, było murzynami, którzy pełnili służbę w jednostkach transportowych. Wielu z nich otrzymało tylko godzinne przeszkolenie w jeździe za kółkiem. Zdarzało się, że przemęczeni kierowcy dopuszczali się sabotażu, by zyskać chociaż chwilę snu. Operacja trwała od końca sierpnia aż do połowy listopada 1944 roku, kiedy zdobyto ujście Skaldy i umożliwiono zaopatrywanie wojsk przez port w Antwerpii.

    Bardzo dobrze wysiłek logistyczny Aliantów obrazuje muzeum w Overloon, gdzie idzie się po składanym moście Baileya, rozstawionym nad setkami, tysiącami skrzyń. Dopiero wtedy człowiek uświadamia sobie ogrom tego przedsięwzięcia.

    Po II WŚ, w Korei, również zorganizowano podobną operację i ją również nazwano ''Red Ball Express''.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    Ostatnia cyfra przy pluśnięciu powie ci kim jesteś :
    0-przegryw
    1-p0lka
    2-normik
    3-hiszpan
    4-chad
    5-szara myszka
    6-bananowiec
    7-karyna
    8-mocher
    9-Gigachad
    #heheszki
    #qualitycontent
    #wybory
    #humor
    #polki
    #madki
    #przegryw
    #normik
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Japończycy wkraczają do Taiyuan, listopad 1937 r.

    Gdy jeszcze trwała batalia o Szanghaj, Japończycy uderzyli na prowincję Shanxi, położoną w północnych Chinach. Jest to teren bogaty w złoża węgla kamiennego, nic więc dziwnego, że była to pożądana zdobycz.

    Japończykom niemal z marszu udało się zająć trzecie duże miasto prowincji - Datong. Chińczycy w desperacji zjednoczyli się ze znienawidzonymi komunistami i zorganizowali obronę w rejonie Wielkiego Muru. Japończycy, wsparci oddziałami mongolskimi, ominęli jednak pozycje obronne, idąc przez położony z boku wąwóz Niangziguan pod koniec października. Oskrzydlili tym samym leżącą w centrum stolicę prowincji - miasto Taiyuan.

    W tym samym czasie, trwała bitwa o skrzyżowanie Xinkou. Chiński generał Yan Xishan zgromadził swoje wojska - 280 tys. ludzi - w tym miejscu, chcąc wydać Japończykom walną bitwę. Chińczycy mieli dobrze przygotowane pozycje obronne, otaczały ich góry, a jedyna droga prowadziła do bronionego Taiyuan - byli więc niemal niepokonani. Frontalną obronę skrzyżowania stanowili żołnierze Xishana, zaś prawą flankę bronili komuniści Zhu De, oparci o rzekę Sutou.

    Japończycy, w osobie generała Seishiro Itagakiego, byli świadomi silnej linii obronnej, dlatego 13 października uderzyli zmasowanymi siłami - 140 tys. ludzi, wspartych przez 500 czołgów i 300 samolotów, a także liczne okręty rzeczne. 16 października Chińczycy wyprowadzili zaciekły kontratak, w walce odrzucając na chwilę Japończyków. W ruch poszły koktajle Mołotowa, bo chińskim żołnierzom dramatycznie brakowało artylerii. Poległ dowódca chińskiej 9. Armii, gen. Hao Mengling. Zażarte walki trwały dzień w dzień. Japończycy górowali sprzętem i siłą ognia, ale Chińczycy mieli lepsze pozycje obronne. Trwały wypady partyzanckie i dywersyjne na japońskie tyły. Chińczykom udało się nawet zwyciężyć w starciu w wąwozie Pingxingguan, gdzie komuniści ze 115. dywizji zrobili zasadzkę na dwie japońskie kolumny zaopatrzeniowe i rozbili je, przejmując trochę zaopatrzenia (100 karabinów, jedno działo, 2 tys. pocisków). Straty wyniosły po 400 ludzi po obu stronach. Był to ważny sukces propagandowy - bodaj pierwsze zwycięstwo Chińczyków. Z kolei 19 października 769. pułk piechoty ze 120. dywizji zaatakował lotnisko w Yangmingbao, niszcząc 24 samoloty na ziemi.

    Jednakże japoński walec był nieubłagany - po dwóch tygodniach ciężkich walk wzmocnieni Japończycy (sprowadzono cztery bataliony specjalne) 26 października skruszyli chińską obronę.Na niektórych odcinkach Japończycy po prostu rozjechali czołgami chińskie linie. Po wdarciu się na wąwóz Niangziguan chińskie armie rozpoczęły odwrót. Niedługo potem, 9 listopada Japończycy zajęli Taiyuan i objęli kontrolę nad prowincją. Ich sukces był zupełny. Obie strony poniosły wysokie straty, ale chińskie były pięciokrotnie wyższe - 100 tys. ludzi. Ważny był jednak skutek - dzięki współpracy Kuomintangu i komunistów Japończycy ponieśli straty. Był to przyczynek do dalszej współpracy obu sił.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Niemieccy spadochroniarze z 4. Dywizji Spadochronowej na motocyklach BMW R75, rejon Anzio, koniec stycznia 1944 roku.

    Plan generała Clarka opiewał na desant 110 tys. żołnierzy. W pierwszym rzucie lądować miały dwie dywizje - brytyjska 1. na lewym skrzydle, amerykańska 3. na prawym. Pozostałe siły stanowiły: amerykańskie 45. DP, 1. DPanc., 6615. pułk specjalny (złożony z 1., 3. i 4. batalionów rangersów i 509. batalionu spadochronowego) oraz 504. pułk spadochronowy, oraz brytyjskie: 56. DP i 2. brygada specjalna (złożona z komandosów z 9. i 43. batalionu). Wsparcia udzielały, jak wspomniano, 5 krążowników, 24 niszczyciele i 60 innych okrętów wojennych. Wśród pozostałych jednostek pływających znalazły się polskie statki - S/S ''Narwik'' i S/S ''Sobieski''. Z powietrza pomocy udzielało osiem dywizjonów myśliwskich (po trzy Spitfire'ów i Kittyhawków, dwa Mustangów) i siedem bombowych (jeden Bostonów, sześć Mitchelli).

    Dobra, a co mieli Niemcy?

    Nic.

    No takie nic, to nie do końca. W rejonie Anzio-Nettuno Niemcy posiadali jeden batalion grenadierów pancernych, trzy kompanie saperów, baterię armat przeciwlotniczych i kompanię włoskich dział pancernych. Może tysiąc ludzi. Tyle.

    Jednak dowodzący od listopada 1943 r. marszałek Kesselring zdawał sobie sprawę z możliwości przeprowadzenia desantu za Linią Gustawa. Dlatego zlecił opracowanie planu alarmowego ''Richard'', polegającego na przerzucie jednostek w rejon zagrożony. Opracowano trasy marszruty, składy paliw, miejsca postojów, ale musiało potrwać, zanim jednostki trafiły na miejsce. Niemcy, patrolujący wybrzeże, byli w stanie alarmu od kilku tygodni. Akurat 22 stycznia alarm odwołano, by wartownicy mogli się przespać. Obudziło ich dopiero szturchanie lufami amerykańskich Thompsonów...

    Jednak już o 3 w nocy (godzinę po desancie), Niemcy złożyli meldunki, a o 5 rano poinformowano Kesselringa. Ten natychmiast rozkazał przerzut 4. DS i dywizji ''Hermann Goering'' w rejon Anzio. Ciężkie zniszczenia infrastruktury, spowodowane nalotami poprzedzającymi inwazję (ucierpiał bardzo port w Civitavecchia oraz główne lotnisko Luftwaffe w tym rejonie - Ciampino) spowalniały jednak przerzut.

    Tymczasem dowodzący VI. Korpusem gen. Lucas do końca dnia wyładował już 36 tys. żołnierzy i 3200 pojazdów. ''Muszę najpierw mocno stanąć na nogach i nie robić żadnych głupstw pod wpływem chwili'', napisał w dzienniku. Alianci więc, zamiast iść naprzód... zaczęli się okopywać, a nawet stawiać zapory minowe. Pierwszego dnia utracono 13 zabitych i 97 rannych, głównie od min. Lucas był głuchy na prośby i apele swoich podwładnych, którzy prosili go, by przeprowadzić chociaż silne rozpoznanie. Nie zgadzał się. Atmosfera była mało wojenna - żołnierze się okopali, rozstawiali namioty, organizowali składy, a nawet grali w karty, myszkowali w ruinach okolicznych wiosek i pisali listy.

    ''Uśmiechnięty Albert'' już 22 stycznia wieczorem powiedział zadowolony: „Anglicy i Amerykanie przegrali już pierwszą rundę tego starcia”.

    #shingle

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

  •  

    AKWILEJA - HISTORIA WAŻNEGO MIASTA RZYMIAN

    Akwileję Rzymianie założyli w 181 p.n.e., podczas walk z plemionami iliryjskimi. Akwileja szybko nabrała znaczenia gospodarczego – to w tym mieście miał swój koniec słynny szlak bursztynowy. W V wieku ludność Akwilei uszła z życiem przed gniewem Hunów, schroniła się na lagunie i założyła Wenecję.

    (więcej pod linkiem)

    http://qichouchou.com/link/4782971/akwileja-historia-waznego-miasta-rzymian/

    #archeologia #imperiumromanum #historia #liganauki #gruparatowaniapoziomu #ciekawostkihistoryczne #ciekawostki #rzym #qualitycontent
    pokaż całość

  •  

    Powracamy dzisiaj do archeologii i tajemniczych znalezisk z czasu II wojny światowej

    Ostatnie badania echosondą zdają się potwierdzać przekazy historyczne, wedle których niemieckie czołgi typu Panthera spoczywają w Zalewie Sulejowskim.

    Link do znaleziska - Czy na dnie Zalewu Sulejowskiego spoczywają niemieckie Panthery?

    Poniżej wołam osoby, które wyraziły chęć otrzymywania powiadomień o nowych wpisach. Jeśli ktoś chciałby dopisać się do listy, proszę o zostawienie plusa przy przeznaczonym do tego komentarzu pod niniejszym wpisem. Zachęcam również do obserwacji pierwszego tagu, którym opatrzone zostało linkowane znalezisko (tag autorski)

    Dodatkowe Tagi: #qualitycontent #ciekawostkihistoryczne #zwyczaje #europa #swiat #liganauki #zainteresowania #pantera #skarb #poszukiwacze #detektorysci #wykrywaczmetalu #archeologia #wojsko #wojna #gruparatowaniapoziomu
    pokaż całość

    +: Noombre, Conscribo +232 innych
  •  

    #iiwojnaswiatowawkolorze

    Dżentelmen na zdjęciu to Fregattenkäpitan Reinhard ''Teddy'' Suhren, jeden z najlepszych podwodniaków Kriegsmarine, a jednocześnie jeden z moich ulubionych dowódców U-Bootów. Zdjęcie wykonano zapewne po 31 grudnia 1941 roku, kiedy Suhrena udekorowano Liśćmi Dębu do Krzyża Rycerskiego. Dawno nie było nic z U-Bootów. ( ͡° ͜ʖ ͡°)

    ''Był oryginałem. Był tylko jeden Reinhard Suhren'', wspominał jeden z dowódców ''Teddy'ego''. Jego przezwisko wzięło się z tego, że drwił sobie z maszerowania w akademii, aż któryś z oficerów powiedział mu, że ''maszeruje jak niedźwiadek Teddy''. Umawiał się z Żydówką, w hamburskich barach ścigał się w piciu z czarnoskórymi marynarzami - i w ogóle się nie przejmował. Kiedy przehulał cały żołd w paryskim night-clubie, admirał Doenitz wysłał mu czek na 400 marek ze swoich własnych pieniędzy. Z Ewą Braun w Obersalzbergu tańczył zakazanego w Rzeszy swinga.

    Ot, podrywacz, imprezowicz... i świetny podwodniak.

    Spędził rok jako oficer wachtowy na U-48, najlepszym z niemieckich U-Bootów (okręt zatopił łącznie 51 statków i jeden okręt wojenny o łącznym tonażu 306 000 ton). Za służbę Suhren otrzymał Krzyż Rycerski za pomoc w zatopieniu 200 tys. ton BRT. W kwietniu 1941 roku objął dowództwo nad U-564. Jego U-Boot na kiosku miał wymalowane trzy czarne koty. Jako dowódca, zatopił 18 wrogich statków, o łącznym tonażu 95 tys. ton, za co otrzymał Liście Dębu i Miecze do Krzyża Rycerskiego jako zaledwie jeden z pięciu oficerów U-Bootów podczas wojny. Wojnę przetrwał, ponieważ pod koniec 1942 roku przeniesiono go do flotylli szkolnej. Co ciekawe, Krzyż Rycerski otrzymał także jego starszy brat, Gerd, również oficer U-Bootów.

    Suhren przyjaźnił się z kapitanem Rolfem Mützelburgiem, dowódcą U-203, również asem U-Bootów. Podczas spotkania na morzu, Suhren zauważył, że Mützelburg skacze z kiosku U-Boota do wody, by popływać w morzu i wyraził dezaprobatę, mówiąc, że to narażanie życia. Chyba miał rację, bo dwa miesiące później Mützelburg niefortunnie skoczył i skręcił sobie kark.

    Jednak ''Teddy'' najbardziej zasłynął z dwóch akcji - pierwsza to dopadnięcie u ''bezpiecznych'' brzegów Ameryki meksykańskiego tankowca ''Potrero del Llano'' 14 maja 1942 roku (tego samego dnia, U-106 zatopił inny meksykański tankowiec). Tym samym Meksyk, nieco przymuszony przez USA, wypowiedział wojnę Niemcom. Tak to, 25-letni oficer wywołał wojnę (swoją drogą, zastanawiające jak daleko sięgała U-Bootwaffe atakując swoich wrogów...).

    Druga zaś, to pozdrowienie przez Suhrena jego przyjaciela, Horsta Uphoffa, zwanego ''Hein'', dowódcy U-84, po powrocie do portu po ostatnim, najdłuższym rejsie (ponad 3 miesiące, od lipca do września 1942 r.). Wszyscy myśleli, że U-564 zatonął, bo nie było od niego żadnych wiadomości. Kiedy uszkodzony okręt wpływał do portu, ''Teddy'' krzyknął:

    - Hein, Hein! Czy naziści są jeszcze u władzy?!

    Od aresztowania przez Gestapo uratowała go interwencja samego Doenitza, ale tego dnia Suhren był sławny w całej U-Bootwaffe.

    Autor postu: II wojna światowa w kolorze

    #iiwojnaswiatowa #gruparatowaniapoziomu #qualitycontent #historiajednejfotografii #zdjeciazwojny
    pokaż całość

Ładuję kolejną stronę...

Popularność #qualitycontent

0:0,0:1,0:1,0:4,0:4,0:3,0:0,0:3,0:1,0:1,0:2,0:1,0:1,0:0

Archiwum tagów